czwartek, 20 marca 2008

w moim mieście budują ohydne hotele, w środku których podobno jest luksusowo...
w moim mieście, jak zresztą w każdym, dużo jest samotnych ludzi...
moje miasto pnie się do samego nieba, zbierając siły do ataku na Pałac Kultury...

poniedziałek, 17 marca 2008

jest coś przejmującego w tym, że ktoś z dalekiej Jerozolimy umieszcza nas w swoich modlitwach przed Ścianą Płaczu, ktoś, kogo się nawet na oczy nie widziało, ktoś, kto nas odnajduje mailowo w nieskończonych przestrzeniach internetu, ktoś, kto okazuje się córka człowieka, który był za swego życia w jakiś sposób dla nas ważny. To wszystko może oznaczać, że zatrzymało się na nas oka spojrzenie bogów, którzy raczyli obdarzyć nas na moment swoim zainteresowaniem. W takich chwilach nietrudno zrozumieć stoików, Hildegardę z Bingen, Barucha Spinozę czy Teilharda de Chardin. Podejrzenie przenikającej wszystko co jest siły zamienia się w niemal pewność, na której niczym na solidnym fundamencie wznosimy samych siebie aż do samego nieba.

niedziela, 16 marca 2008

niedzielne dytyramby

martwe budziki mechaniczne, które zawsze można ożywić, wprowadzając ich wskazówki w ruch przy pomocy specjalnych pokręteł... Stoją na moim biurku w liczbie na razie dwóch, stylizowane na czasomierze sprzed II wojny. Są nieme, wymownie milczące, a jest w ich milczeniu nuta jakby wyrzutu, że skazałem ich na bezużyteczność, podziwiając w nich tylko kształty, obojętnie przechodząc obok tego, do czego tak naprawdę zostały powołane. Być może jest w moim do nich stosunku element podświadomej zemsty, za czyny ich braci w ciemne poranki, ze szczególnym uwzględnieniem poniedziałkowych. Tykanie ich wskazówek i dźwięk dzwonków zmusza nas do życia...

środa, 5 marca 2008

Florentyna w rui :(
półka lalek :)
dzieło Łba Prosiaka na zielonej ścianie :)
na własnoręcznie zrobionym stole :)
i dalej ono :)
i znowu biurko, a właściwie półka nad nim :)
moje biurko :)

niedziela, 17 lutego 2008

z życia świń


Cykl płciowy u loch trwa średnio 21 dni (wahania 2,5 dnia) i dzieli się na kilka faz, spośród których najważniejsze dla hodowcy są:
  • Faza przedrujowa - podczas której obserwujemy:
    - niepokój,
    - spadek apetytu,
    - charakterystyczne pohukiwanie,
    - obrzęk i zaczerwienienie sromu,
    - wyciek śluzu rujowego,
    - obskakiwanie innych loch i brak tolerancji na obskakiwanie.

  • Faza rui właściwej - odpowiedni termin unasieniania,
    - występuje odruch tolerancji na obskakiwanie,
    - obskakiwanie innych loch,
    - ustępuje obrzęk sromu,
    - kolor sromu zmienia się na siny,
    - nadal wyciek śluzu rujowego,
    - locha przyjmuje postawę do krycia.

  • Faza porujowa - która charakteryzuje się:
    - nie reagowanie na próby wyzwolenia odruchu tolerancji,
    - brak tolerancji na obskakiwanie przez inne lochy i knura,
    - wypływ gęstego śluzu porujowego,
    - coraz spokojniejsze zachowanie się lochy,
    - powrót apetytu.
P.S. wokalistą widocznego na clipach "Łba prosiaka" jest A., który lada moment formalnie stanie się wielce szanowanym członkiem mojej rodziny. Nieformalnie już jest :)

poniedziałek, 11 lutego 2008

koany Zen


Przycinając paznokcie i łamiąc żelazo, możesz po raz pierwszy zostać mistrzem najgłębszej mądrości. Unikając strzał, chowając się przed sztyletem - nie nauczysz się wiele. To miejsce, gdzie nawet igła się nie wciśnie, na razie zostawmy. Co jednak zrobisz, gdy spienione fale obmywać będą niebo?


Moja odpowiedź nie będzie odpowiedzią, bo gdyby nią była, to rzeczywiście spienione fale obmyłyby niebo i strzała wystrzelona z łuku przez Zenona z Kition doleciałaby do celu, którym byłoby jego serce lub tętnica po lewej stronie szyi. Spieniona fala obmyje wtedy niebo, gdy usychająca jabłoń zakwitnie po raz ostatni, a wiszący nad przepaścią na trzymanej w zębach gałązce uczeń jednego z mistrzów odpowie czym jest Zen i być może przeżyje satori. Zawsze istnieje trzecie i czwarte wyjście, ba, jest ich nieskończona choć policzalna ilość.

Huike wręczając odciętą rękę mistrzowi poskarżył się: - Mój umysł nie jest jeszcze spokojny! Proszę Cię mistrzu, uspokój mój umysł! Bodhidharma rzekł: - Przynieś tu swój umysł, a ja uspokoję go. Huike odprał: - Nie moge znaleźć mojego umysłu i nie mogę go Tobie dać. Bodhidharma: - A więc Twój umysł jest już uspokojony. Huike po tych słowach osiągnął oświecenie.

sobota, 9 lutego 2008

Prawdziwa księga południowego kwiatu


Czuang-tsy śnił o tym, że jest motylem. Latał z kwiatka na kwiatem, był lekki, wolny i szczęśliwy. Obudził się. Czy to Czuang-tsy śnił, że był motylem, czy to motyl śni, że jest Czuang-tsy?

Uczeń i jego mistrz – drwal, przechodzili obok gigantycznego drzewa. Było ono tak wielkie, że wielokrotnie przewyższało bogatą świątynię, wybudowaną na jego cześć, stojącą obok. Z jednej gałęzi można było wybudować kilka okrętów, jego gałęzie i listowie rzucały cień na wiele kilometrów, itd. Mistrz przeszedł obok nawet nie zerkając na drzewo. Uczeń stał dłuższą chwilę, oniemiały z zachwytu, i przyglądał się kolosowi. Po chwili podbiegł za mistrzem i spytał, czemu starzec zignorował drzewo. Jakby byłoby coś warte, ktoś dawno by je ściął - odrzekł drwal.

Rokrocznie książę zarzucał gigantyczną wędkę w oceanie. Przywiązywał do niej 50 krów. Po kilku dniach z wody wyciągał rybę tak gigantyczną, że mogła przez kilka dni wyżywić pobliskie wioski. I tylko wędkarze, którzy łowili małe rybki w stawach nie mogli uwierzyć w prawdziwość tej historii.

Mewy nie dlatego są białe, że codziennie się kąpią. Wrony nie są czarne, bo moczą się w tuszu. Nic co stworzyła natura nie jest ani dobre ani złe. Białe nie jest lepsze od czarnego.

Pewien człowiek urodził się z sześcioma palcami u rąk. Nie było to nienaturalne, nie było to złe, ani dobre. Inny człowiek, który urodził się z pięcioma palcami, chciał mieć ich sześć. To było głupie.


poniedziałek, 4 lutego 2008

szafkę pod umywalkę też :)
a taką spłuczkę sedesową onegdaj wymyśliłem i własnoręcznie zrobiłem :)

niedziela, 3 lutego 2008

Traumat, taki emocjonalny Heimat naznaczony piętnem stygmatyzujących nasz umysł przeżyć, będący udziałem każdego z nas. Nasza przeszłość rozgrywa się wtedy dużo później w traumatach jedno lub wieloaktowych, pisanych ręką Wielkiego Traumaturga, autora ontologicznych deklinacji przez wypadki, które odmieniają nas i nasze życie w rytm miarowego oddechu śniących nas demonów. Wszystko co jest, a więc i to, czego według Parmenidesa nie ma tylko na logiczny pozór, wymyślane jest w każdej sekundzie na nowo po to tylko, żeby wywołać w nas lepsze lub gorsze wrażenie nieprzebranego bogactwa świata tego, bez którego stawianie pytań o jakikolwiek sens tego wszystkiego sensu by wiele nie miało. Odnaleźć go można jedynie w miejscach zaskakujących, na pierwszy rzut oka niespodziewanych, jak na przykład w pieśniach wyśpiewywanych chrapliwym głosem przez Toma Waitsa w oparach papierosowego dymu i gryzącego zapachu whisky...

P.S. według Grzegorza z Nyssy upadek Adama oddał człowieka w szpony szatana i przyjście Jezusa było udaną próbą wykupienia nas z tej niewoli, choć Bóg musiał uciec się do podstępu, oferując szatanowi Jezusa jako rodzaj odszkodowania za wyrzeczenie się ludzkiego gatunku. Szatan haczyk połknął, uznał wymianę za niezwykle korzystną, choć oczywiście do ostatecznej wymiany ze względu na pochodzenie Jezusa dojść przecież nie mogło.

środa, 30 stycznia 2008

rozmowy o życiu, śmierci, brzozach i Malczewskim...

niedziela, 27 stycznia 2008

czekanie na Godota zazwyczaj nie bywa wesołe...

piątek, 25 stycznia 2008

CANTO XCII

Avicenna i Algazel
ósma wiedza o naturze, dziewiąta - o moralności,
Ósma rzecz o konkretach, dziewiąta - wskazania jak czynić,
Agassiz z gwiazdami złotymi, Kung - ku temu, co jak kryształ.
Dla Nefertalii, królowej, kadzidło,
Dla Izydy - to oto kadzidło
"quest' unire
quale e' dentro l'anima
veggendo fi fuori quelli che ama"
Risplende
Z grot morskich
degli occhi
Jasno widocznych, nie abstrakcyjnych
Za czasów Numy Pompiliusza
che Pitagora si chiamo
"non sempre" (za trzeciego konwentu)
i jak powiedziano wyżej "poszarpany"

Ezra Pound

poniedziałek, 21 stycznia 2008

wolny jak taczanka na stepie...

niedziela, 20 stycznia 2008

Andrzej Gołota! Gołota! Gołota! Gołotaaa!!!

sobota, 19 stycznia 2008

niech żyjeee wooolnooość, wooolność i swobooodaaa...

piątek, 18 stycznia 2008

w państwie duńskim czerń histeryczne wyje i głowy Grossa się domaga, bo naród polski rzekomo poniżyć śmiał w swej najnowszej książce, pytając tylko tak naprawdę, jak po Holocauście możliwy był antysemityzm, a za odpowiedź posłużyły przykłady zbrodni, jakich nasi rodacy w czasie wojny i bezpośrednio po jej zakończeniu na narodzie żydowskim się dopuścili. Tak przynajmniej mówi, ,,Strachu" jeszcze nie czytałem, ale już same reakcje na nią utwierdzają mnie w przekonaniu, że taką książkę już dawno należało napisać. A my przecież naród bohaterski, husaria, przedmurze Europy i chrześcijaństwa, z Niemcem i komuną my wszyscy jak jeden mąż walczyli, więc jak to, my takie bohatery skrzydlate i nam ktoś śmie zarzucać, że swój kamyk, a właściwie głaz, wrzuciliśmy do ogrodu Zagłady? Jak w ogóle można nas o to oskarżać, toż to musi jak dwa razy dwa być żydowski spisek, żydowska kampania oczerniania z premedytacją, żeby nas, bohaterów, co niejeden ząb stracili z rąk hitlerowskich i komunistycznych siepaczy, poniżyć i upokorzyć. Ale my się nie damy, my prokuratorów na książkę naślemy, nie będzie nam tu Żyd jeden łgał i wypisywał książki niezgodne z jedynie słuszną metodologią nauk historycznych, jak gdyby do kwestii natury moralnej, zarówno jednostek, jak i całych społeczeństw, narodów, można było przykładać akademickie miary. Nie będzie Żyd jeden pluł nam w twarz i odgrzebywał jakieś zakurzone i nie wiadomo czy w ogóle prawdziwe historie, które nikogo nie powinny już interesować, bo przecież Drzew Sprawiedliwych mamy dużo zasadzonych. I kwestie obrzydliwych zbrodni ważone są z aptekarską dokładnością, nie ponad tysiąc, najwyżej kilkaset, a tak naprawdę to może kilku Żydów albo nawet i żadnego, no bo ilu Żydów tak naprawdę zmieścić się może w jednej podpalonej stodole? Wstydzę się za swój naród, wstydzę się za jego reakcje na opowieść o zagładzie po Zagładzie, wstydzę się za radość z ostatecznego rozwiązywania kwestii żydowskiej niektórych naszych rodaków, wstydzę się i brzydzę za wyliczanie, że Żydzi nas też, bo w stalinowskim aparacie terroru tylu ich było, a naszych to chyba wcale, i tak naprawdę, to my Polacy doświadczyliśmy Zagłady i gdyby nie ta irytująca pamięć ofiar i dzieci Holocaustu, to mielibyśmy przecież święty spokój, a obraz nas jako bohaterów i ofiar niczym nie zmącony wisiałby w każdym polskim domu. A tak to jest kłopot.

środa, 16 stycznia 2008

nie potrafię pojąć, dlaczego osobnicy w rodzaju Pokraka z ,,Pulp Fiction", z zachowaniem najdrobniejszych nawet detalów wyglądu i skłonności, nie są wykorzystywani przez wymiar sprawiedliwości jako narzędzie kary dla gwałcicieli i pedofilów. Ba, pójdźmy dalej w tej propozycji, nawet nie wymiar sprawiedliwości, tylko policyjne areszty, na wyposażeniu których jako standard winny być Pokraki, w godzinach nocnych spuszczane z łańcucha w celu uczynienia zadość nieważne jak definiowanej sprawiedliwości. Podejrzewam, że Tarantino nie zdaje sobie sprawy z doniosłości i sposobów wykorzystania swego odkrycia. Myślę nawet, że zasadne byłoby utworzenie masowej hodowli Pokraków w specjalnie do tego przystosowanych fermach, a i unijne dopłaty dla hodowców Pokraków nie byłyby od rzeczy. Tak, temat Pokraków powinien stać się jednym ze strategicznych priorytetów władz każdego cywilizowanego kraju.

P.S. na trop ,,Sinnermana" Niny Simon doprowadził mnie post niejakiego Czajnika :)

P.S. zdjęć Pokraka niestety nie udało mi się w sieci odnaleźć, więc z braku laku niewinne ofiary Pokraka, jedna doszła, druga niedoszła ;)

poniedziałek, 14 stycznia 2008

dawno, dawno temu, oszołomiony nieprzejrzystością stworzonej przez Linneusza w ,,Systema Naturae" klasyfikacji żywych organizmów, zaproponowałem własny, o wiele prostszy i posiadający pewnego rodzaju elegancję taksonomiczną. Ni mniej, ni więcej, podzieliłem organizmy żywe należące do królestwa fauny na trzy kategorie, wynikające wprost z możliwości percepcji ludzkiego, nieuzbrojonego w jakiekolwiek przyrządy optyczne, ludzkiego oka. Otóż świat fauny wedle mojego odkrycia dzielił się na świat widocznych, niewidocznych i pośredniej, między obydwiema kategoriami, ledwowidoczności. O ile pierwsza kategoria wyróżnionych w ten sposób widocznych była tak oczywista, że nie wymagała jakichkolwiek interpretacji, podobnie zresztą jak w przypadku niewidocznych, do których zaliczyć można jedynie wirusy, bakterie i roztocza, w przypadku ledwowidocznych nastręczała pewne trudności, które rozwiązały na zasadzie intelektualnych protez wykryte przeze mnie prawa. Jak zapewne się domyślacie, do kategorii ledwowidocznych zaliczyć można bez najmniejszych nawet wątpliwości pchły czy pantofelki, żeby posłużyć się przykładem tych mikroskopijnych zwierząt, widocznych jednak przy odrobinie wysiłku gołym okiem. Otóż ten percepcyjny wysiłek skłonił mnie do zastosowania tej pośredniej kategorii, w pewien sposób osłabiającej czystość i precyzję wspomnianego podziału. Aby owa nowa taksonomia była bardziej zrozumiała i przekonywująca, wprowadziłem trzy prawa, nazwane od mojego imienia prawami Mateusza. Pierwsze z nich brzmiało: niezależnie od ilości osobników klasyfikowanych jako widoczne, zawsze należeć będą do kategorii widocznych. Nie ma przecież najmniejszego znaczenia liczna myszy czy słoni, aby ludzkie oko mogło je dostrzeć. Widzimy zarówno jedną myszę, jak i całą ich hordę. Drugie prawo, odnoszące sie do niewidocznych, per analogiam do pierwszego prawa widoczności brzmiało: niezależnie od ilości osobników klasyfikowanych jako niewidoczne, zawsze należeć one będą do kategorii niewidocznych. Nie potrafimy jednym okiem dostrzec zarówno jednej bakterii i czy jednego wirusa, jak i całego ich stada. Porządek taksonomiczny zaburzała nieco kategoria ledwowidoczności, ponieważ w przypadku należących do owej kategorii osobników problem percepcyjny nie był tak oczywisty, jak w przypadku pozostałych dwóch kategorii. Nikt o zdrowych zmysłach przecież nie zaprzeczy, że o ile dostrzeżenie przez ludzkie oko jednej pchły czy jednego pantofelka nastręcza poważne trudności, o tyle problemy te znikają w przypadku watahy pcheł czy pantofelków, bowiem zmieniają one swą kategorię, stając się widocznymi. Stąd trzecie prawo: o ile pojedyńczego osobnika należącego do kategorii ledwowidocznych można w pewnych przypadkach zaklasyfikować do kategorii niewidocznych, o tyle większą ilość takich osobników klasyfikujemy jako widoczną, bo czyż ludzkie oko napotkać może jakiekolwiek trudności w dojrzeniu watahy pcheł czy pantofelków? Prawda, że proste? ;)

piątek, 11 stycznia 2008

tyle się dywaguje o tym, kiedy to zwierzaki niektóre zostały udomowione, a o naszym gatunku ani widu, ani słychu. Przecież też musiał nastąpić w zamierzchłej przeszłości czas, kiedy homo sapiens został udomowiony. Udomowienie człowieka umożliwiło z kolei udomowienie innych gatunków, dotychczas żyjących dziko, jak na przykład świnie, kury, czy owce. Tak na dobrą sprawę proces ludzkiego udomowienia został przez naukę sobie zlekceważony. Koncentrowanie się na zwierzakach jest przejawem naszego płytkiego antropocentryzmu, bowiem nie może udomawiać ten, kto sam nie został uprzednio udomowiony. Nie ulega wątpliwości, że zanim gatunek homo sapiens się udomowił, to zdziczałe hordy i watahy złożone z przedstawicieli naszego gatunku nie były nawet w stanie pomyśleć, aby jaką na przykład dziką kurę poddać żmudnemu procesowi udomowiania. Takie nieudomowione zwierzaki, do których w owych czasach zaliczono ani chybi i robaki, latały sobie bez ładu i składu samopas jak opętane, usiłując dopaść resztki pożywienia zdobywanego przez naszych przodków w niemałym trudzie i znoju. Udomowienie wprowadziło pewną rytualizację spożywania posiłków, która przetrwała do naszych czasów w formie chociażby uroczystych obiadów niedzielnych. W początkach procesu udomowiania dało sie też zaobserwować zjawisko zażartej walki o to, kto kogo udomowi. Jedno jest pewne, że przywołane jako przykład kury, świnie i owce nie poddały się bez walki, o czym świadczą liczne znaleziska z tego okresu. Świadczy o tym również zamieszczona wyżej fotografia, na której wyraźnie widać, że międzygatunkowa walka o udomowienie jeszcze się nie zakończyła.

środa, 9 stycznia 2008

kiedy Μέδουσα, najmłodsza z trzyosobowej szajki Gorgon, na kogoś spojrzała, ten ktoś natychmiast stawał się kamieniem. Sprawczyni tej osobliwej przemiany miała też oryginalną fryzurę ze skłębionych węży. Nie sądzę, aby kiedykolwiek korzystała z usług salonów fryzjerskich. Świadczy o tym również fakt, że nie zachował się do naszych czasów ani jeden jej wizerunek z papilotami, wałkami, czy najmniejszymi choćby śladami trwałej. Z przyczyn oczywistych nigdy nie zbliżała się do jakichkolwiek zwierciadeł, zarówno tych, które wyszły spod ludzkiej ręki, jak i tych naturalnych, jak chociażby lustra stojących wód. W prastarych opowieściach przejawiał się też motyw, dotyczący przerażającej długości szponów, jakie rzekomo Μέδουσα posiadała. Nie były to jednak z całą pewnością żadne szpony, a raczej rodzaj poczciwych i swojskich tipsów. Nie wiemy co czuła w chwili, kiedy w wypolerowanej tarczy, którą przed jej spojrzeniem zasłaniał się Perseusz, ujrzała siebie w całej swej grozie i okazałości. Wiemy natomiast, że uroda zarówno jej, jak i jej rodzonych sióstr, pozostawiała wiele do życzenia. Tak sobie myślę, że osobliwością jej urody należy tłumaczyć zachowanie tych, na których zatrzymywała swój wzrok. Nie było ono grzeczne, bowiem zamienianie się w głazy z całą pewnością do dobrego tonu nie należało. Jej ofiary nie musiały się przecież zachowywać wyzywająco, wzbudzając niepotrzebne zainteresowanie właścicielki spojrzenia o takich właściwościach. Normalnie ją prowokowali ;)

wtorek, 8 stycznia 2008

w Ameryce pewien facet ubił i następnie zeżarł swoją dziewczynę. Policjanci, którym udało się kanibala namierzyć, po wejściu do jego mieszkania zobaczyli na kuchni garnek, w którym gotowało się ucho ofiary. Można mieć tylko nadzieję, że nic to ucho od dawna nie słyszało.

sobota, 5 stycznia 2008

podwójne życie musi być męczące, więc może to i dla Czajniczka lepiej, że kwestię walizki Buki wyciągnąłem na światło dzienne :)

piątek, 4 stycznia 2008

i pokarze Pan mrozem robactwo i bakteryje wszelakie, co na zgubę rodzaju ludzkiego czyhały w watahach i koloniach, gromadząc się w nich ponad stan i elementarne poczucie przyzwoitości. ;)

środa, 2 stycznia 2008

na świecie wokół wielka cisza, dosłowna i metaforyczna, jakby ludzie po świątecznych i sylwestrowych szaleństwach w skupieniu dochodzili do codzienności, z której wyrwał ich czas świąt. Zegary na nowo odmierzają roczny czas i chwilami odnieść można złudzenie, jakbyśmy wszystko zaczynali od nowa. jakby wszystko od nowa było przed nami. Ale to tylko złudzenie, tym silniejsze, im jest się młodszym. Tak naprawdę to wszystko już było, co nie znaczy, że nasze życie jest tylko mechanicznym odgrywaniem tych samych od wieków ról w coraz to szybciej zmieniających się dekoracjach. Dla każdego jego własne życie jest czymś wyjątkowym, niepowtarzalnym, ale dopiero z perspektywy dłuższych okresów czasu widać pewnego rodzaju powtarzalność, sprawiająca czasami, kiedy to zrozumiemy, że na wszystko wokół umiemy patrzyć z dystansem. Być może jest tak, że inaczej sie nie da, że trzeba szukać w tym, czego doświadczamy, piętna niepowtarzalności i wyjątkowości. I tak niezależnie od naszej postawy, wszystko wokół toczy się w utartym od początku porządkiem rzeczy. Ani to źle, ani dobrze. Po prostu tak chyba jest.

wtorek, 1 stycznia 2008

za sylwestrowe szaleństwo przychodzi zapłacić, ale cena w postaci gigantycznego kaca nie jest zbyt wygórowana ;)

poniedziałek, 31 grudnia 2007

żegnaj stary roku, niech się tam ci dobrze wiedzie w krainie minionych lat, które może kiedyś, kiedy znowu przyjdzie ich czas, powrócą...