DIOGENES – wypędzony z rodzinnej Synopy za sfałszowanie jednego obola filozof grecki, któremu zdarzyło się żyć w latach 413-323 p.n.e. i to głównie w beczce. W biały dzień przybliżał do twarzy napotkanych przechodniów zapaloną pochodnię szukając, jak się wyrażał, człowieka. Zwolennik, a może miłośnik publicznej masturbacji, traktowanej jako czynność zbliżoną do zaspokajania oznaczającego głód ssania w żołądku, wybitny przedstawiciel filozoficznej szkoły psów czyli kyników i jako jej godny przedstawiciel oddający publicznie mocz, materialny minimalista, za największych gryzoni uważający obok sykofantów pochlebców, zmarł, jak powiadają jego uczniowie, wstrzymując raz na zawsze oddech. wtorek, 30 października 2007
przypisy ściśle prywatne
DIOGENES – wypędzony z rodzinnej Synopy za sfałszowanie jednego obola filozof grecki, któremu zdarzyło się żyć w latach 413-323 p.n.e. i to głównie w beczce. W biały dzień przybliżał do twarzy napotkanych przechodniów zapaloną pochodnię szukając, jak się wyrażał, człowieka. Zwolennik, a może miłośnik publicznej masturbacji, traktowanej jako czynność zbliżoną do zaspokajania oznaczającego głód ssania w żołądku, wybitny przedstawiciel filozoficznej szkoły psów czyli kyników i jako jej godny przedstawiciel oddający publicznie mocz, materialny minimalista, za największych gryzoni uważający obok sykofantów pochlebców, zmarł, jak powiadają jego uczniowie, wstrzymując raz na zawsze oddech. dzień pięćdziesiąty pierwszy
Dzień gehenny i pogoni za uciekającym czasem, wyznaczającym finał miesięcznego cyklu pewnego projektu. Niebiosa po raz kolejny okazały się łaskawe i można powiedzieć, że się znowu udało. Inna sprawa, że lubię pracę pod presją, w swego rodzaju transie, w który popadam dość łatwo w takich przypadkach. Jutro dzień odpoczynku, dzień radości, której w tańcu nikt dobitniej od tańczących chasydów nie potrafi chyba wyrazić. Chasydzkie pląsy z rękoma wzniesionymi ku niebu jak żadne inne wykonywane są przy akompaniamencie niewysłowionej radości, której z reguły brak tańcom czy muzyce do nich wykonywanej, z gatunku tych, które koją moją duszę. Próżno szukać radości w tangu czy flamenco, nie mówiąc o muzyce w rodzaju fado czy z Capo Verde. To co piękne zazwyczaj bywa smutne, melancholijne. a w najlepszym wypadku dostojne, choć za tego rodzaju pięknem, z rysem dostojeństwa, raczej nie przepadam. I świadomie nie chce mi sie rozważać nad definicją piękną, bo mocno wierzę w to, że takowa na szczęście nie istnieje :)poniedziałek, 29 października 2007
przypisy ściśle prywatne
REMBRANDT – Harmensz van Rijn, siedemnastowieczny malarz holenderski, którego ,,Straż nocna”, przedstawiająca wymarsz na nocny patrol miejskich strażników, została w wydanym w 1876 roku przewodniku ,,Obrazy świata” uznana za jedno z ,,dwunastu najsławniejszych dzieł głośnych mistrzów, na tyle popularnych dzięki grafice i tak drogich naszemu sercu i wyobraźni, iż myśl o ujrzeniu oryginału napawa podróżnego największą radością”. Autorami pozostałych jedenastu byli Rafael, którego ,,Przemienienie Pańskie” uznano za najpiękniejszy obraz świata, Leonardo da Vinci z ,,Moną Lisą” i ,,Ostatnią wieczerzą”, Michał Anioł, Tycjan, Corregio, z dwoma obrazami Guido Reni, Rubens, Murillo i Fra Angelico. Co do Rembrandta, to sposób wydobywania z ciemności oświetlonych jego spojrzeniem postaci zdumiewa do dnia dzisiejszego.dzień pięćdziesiąty
Przyszłość to w sumie coś takiego, co na zdrowy rozum nigdy nie powinno sie wydarzyć, to znaczy wypełnić po brzegi tym, co gdy już się wydarzy, staje się przeszłością. Tak naprawdę najmniejsze wątpliwości dotyczą tylko teraźniejszości, czyli tego, o czym jesteśmy świadomi, że właśnie w tej chwili jest, choć i tu pojawia się poważna wątpliwość, czy aby to, co w danej chwili uznajemy za teraźniejszość, w tym samym momencie przywdziewa szaty przeszłości. I tak wszystko rozgrywa sie w naszych głowach, czy chcemy tego, czy nie. Skoro tego, co ma dopiero być, tak naprawdę przecież jeszcze nie ma, to czymże wobec tego jest? A może jest zupełnie inaczej, może wszystko jest tym tylko, co już kiedyś było, a raczej naszymi o tym wspomnieniami? Może właśnie dlatego, z takiej epistemologicznej ostrożności Benia Kszyk mówił mało, bo niemożliwe żeby jedynym powodem oszczędności w słowach Beni były kwestie natury kulinarnej. Jeśli mowa, którą wedle Novalisa bogowie dali nam po to, abyśmy mogli dawać świadectwo kim jesteśmy, jest rodzajem pajęczyny, w którą łapie się to wszystko, co tylko potrafimy w jakiś tam sposób pojąć, to umysł masz stworzony jest na kształt czarnego pająka, ukrytego w skorupach ludzkich czaszek. Któż to na pewno tak naprawdę może wiedzieć? sobota, 27 października 2007
przypisy ściśle prywatne
JOHANN SEBASTIAN BACH – nie wiadomo w jakich okolicznościach powstało przekonanie, że ten niemiecki wirtuoz kościelnych organów, kantor lipskiego kościoła świętego Tomasza, kompozytor niezliczonej ilości świeckich i religijnych kantat, mszy, koncertów oraz ilustrujących mękę Chrystusa Pasji, odnalazł składające się na nie dźwięki między literami wyrazów ewangelii spisanych przez Mateusza i Jana. Nie ma najmniejszego znaczenia fakt, że urodził się w roku dzień czterdziesty dziewiąty
Noce są dla naszego umysłu próbą ognia i wody, bożym sądem, na który po kres naszych dni pozywa nas przeznaczenie. Do pewnego momentu, tego najważniejszego, wychodzimy z tych prób zwycięsko, no czasami pokiereszowani nocnymi koszmarami. W dzień, kiedy chcąc nie chcąc powieki mamy uniesione niczym przyłbice, pojedynki z rzeczywistością staczamy w każdej upływającej sekundzie, przeważnie je wygrywając. Nocami zaś nasze umysły ogarnia szaleństwo, którego najczęściej nie jesteśmy świadomi. Chodzimy wtedy po jeziorze Genezaret, wody mórz sie przed nami rozstępują, a my niczym Mojżesz lud Izraela, sami siebie prowadzimy przez wszystkie pustynie świata, zmierzając do pierwszych promieni wschodzącego słońca. Pianie kogutów ocala nam po raz kolejny życie, a my nawet tego nie zauważamy. W dzisiejszej GW znowu o podziemnej drukarni, w której pewnego poranka lata świetlne temu polityczna policja wygarnęła nas jak pisklęta, śląc na nas uzbrojony oddział, bo jak się potem okazało, też byliśmy uzbrojeni. Tak przynajmniej w ówczesnej tiwi to pokazali :) piątek, 26 października 2007
przypisy ściśle prywatne
JOHANN WOLFGANG von GOETHE – 1749-1832, niemiecki przyrodoznawca, w kwestii powstawania skał zwolennik neptunizmu, teorii upatrującej w żywiole wody źródła powstawania skał. Do wybitnych i gorliwych w owym czasie przedstawicieli neptunizmu zaliczano ojca niemieckiej geologii, zwanej geognozją, profesora mineralogii i górnictwa Akademii Górniczej we Freibergu Abrahama Gottloba Wernera oraz Stanisława Staszica, który w ,,Ziemiorództwie Karpatów” dał temu niedwuznacznie wyraz. Śmiertelny cios neptunistom zadał szkocki plutonista James Hutton, który niezbicie dowiódł, że wszystkie bazalty, trapy, porfiry i granity powstały z zastygłej lawy wypływającej z wnętrza Ziemi, gdzie według Rzymian rozciągało się królestwo Plutona. Goethe poza nauką zajmował się również poezją oraz dramatopisarstwem. dzień czterdziesty ósmy
I nadszedł wreszcie ten wymodlony weekend, który niestety na pracy (przyjemnej) znowu spędzę, bo sie po prostu przestaje wyrabiać. Nie dość, że praca, to jutro z własnej i nieprzymuszonej woli jadę wieczorem pod budynek firmy, który w tej komedii, co w związku z nią na dachu wczoraj grasowałem, zagra inna ważną firmę, która odwiedza filmowa czacha państwa. Napisy na gmachu będą zakryte filmowymi, reflektory, bajery, aktorzy, etc. Czyli kolejny weekend bez imprezowych szaleństw, i byłbym zapomniał w tym momencie, że w ubiegłą sobotę zaszalałem dosłownie i w przenośni. Podejrzewam, że było to szaleństwo z gatunku tych ostatnich, bo następne byłyby już tylko w moim przypadku żałosne. Upływający czas w żadnym wypadku nie powinien budzić w nas przerażenia, a tym bardziej prób mu się przeciwstawiania. Wskazówek zegarów cofnąć się tak naprawdę nie da, a łamanie ich z trzaskiem o kolana niczego przecież zmienić nie jest w stanie. Każdy dzień naszego życia, niezależnie nawet od upływu lat, powinien być gotowaniem się na nieuchronny ich kres. W pewnym momencie beznamiętnie obserwujące nas zegary staną na zawsze, zastygłe na wieki w ostatniej godzinie. To właśnie one są tak naprawdę naszymi nagrobnymi pomnikami, pomimo braku na nich stosownych inskrypcji. I tylko one tak naprawdę nas rozumieją. czwartek, 25 października 2007
przypisy ściśle prywatne
ACHILLES – ze strony ojca wnuk nieprześcignionej pobożności Ajakosa, który ludowi wywodzącemu się od mrówek dał imię Myrmidonów, a sławę posłusznego boskim wyrokom zyskał skazując własnych synów na wygnanie za bratobójczy mord. Jednym z wygnanych synów był Peleus, ojciec Achillesa, zrodzonego ze związku z boginią Tetydą, o rękę której starali się wcześniej Zeus i Posejdon. Od dalszych starań obu bogów odstraszyła treść przepowiedni, w myśl której dziecko wydane na świat przez Tetydę stanie się potężniejsze od własnego ojca. Dlatego zgodzili się na związek śmiertelnego człowieka z Tetydą, najsławniejszą z nereid, córką ujeżdżającego trytona starca Nereusa, którego rodzicami z kolei była Ziemia i Morska Fala. Starsze rodzeństwo rudowłosego Achillesa zginęło w ogniu, w którego płomieniach matka usiłowała wyżarzyć z ich ciał śmiertelne elementy. Achillesa w ostatniej chwili ocalił zaniepokojony losem starszych dzieci ojciec. Zanurzony przez matkę w wodach Styksu uzyskał odporność na bitewne rany z wyjątkiem pięty, za którą był trzymany. Wychowywany przez centaura Chejrona i jego żonę nimfę Chariklo, właśnie od nich otrzymał imię Achilles w miejsce poprzedniego, które brzmiało Ligyron. Spalone w ogniu ścięgno Chejron wymienił mu na nowe, pobrane ze zwłok znanego z szybkiego biegania giganta Damysosa, dzięki czemu Achilles mógł ścigać się nawet z wiatrem. Aby przejąć najlepsze cechy niektórych dzikich zwierząt karmiony był ich surowym mięsem. Nie do końca przyswoił sobie nauki Chejrona, który usiłował wpoić mu pogardę dla dóbr doczesnych i umiarkowanie. Wbrew ostrzeżeniom matki wziął czynny udział w wojnie trojańskiej, gdzie zanim zginął trafiony w piętę wystrzeloną z łuku Parysa strzałą, której lotem kierował Apollon, zdołał zabić Hektora. Kiedy odsłonił twarz jednego z zabitych przez siebie obrońców Troji, ujrzał oblicze pięknej kobiety, w której natychmiast się zakochał. Była to królowa Amazonek Pentesilea, która wcześniej przybyła Trojanom z odsieczą. Przed opisywanymi przez Homera wydarzeniami zdążył jeszcze zabić synów Apollona i Posejdona. Po śmierci przechadza się po wsze czasy po zamglonych Polach Elizejskich.dzień czterdziesty siódmy
Dziś pół dnia na dachu firmy, na prawdziwym planie filmowym współczesnej komedii, kamera, akcja i te rzeczy. Oczywiście nie jako aktor czy ktoś z ekipy technicznej, ale i tak było ciekawie. Na ekranie będzie to niespełna półminutowa scena, a zachodu co niemiara. Pracy dużo, coraz więcej i niestety grzechem byłoby narzekać, więc nie narzekamy :) Czytałem dziś maila człowieka z Niemiec, który dotarł do mnie jako jednego z kilkunastu adresatów, wymienionych w pewnej książce. Otóż człowiek ten uważa, że jego biogram został ocenzurowany i w związku z tym przysyła pełny. Ocenzurowanie w rzeczywistości było zredagowaniem i wycięciem niewiele wnoszących informacji natury new age'owej. Jedna z nich przypomniała mi piękny czas z przeszłości i spotkania grupy przyjaciół płci obojga w warszawskim Towarzystwie Przyjaźni Polsko-Indyjskiej. Zapach curry i zaczytywanie się w ,,Historii filozofii indyjskiej", stojącej na półce wewnątrz miniaturowej knajpki... :) środa, 24 października 2007
przypisy ściśle prywatne
BRUEGHEL – nazwisko klanu niderlandzkich malarzy. Ojciec Pieter, 1528-1569, w odróżnieniu od starszego syna o tym samym imieniu zwany starszym, zaliczony został przez niewidomego teoretyka malarstwa z Mediolanu Gian Paolo Lomazzo do grona tych malarzy, którzy zapełniając swe obrazy dużą liczbą postaci potrafili oddzielić od nich w sposób właściwy jasność powietrza, usuwając je na drugi plan. Lomazzo zanim oślepł w wieku dwudziestu kilku lat, sam zajmował się malarstwem. Wzorując się na Teatrze Pamięci Giulia Camillo pragnął wybudować Świątynię Malarstwa poświęconą sztukom pięknym. Głowa rodu Brueghlów potrafił wedle współczesnych malować takie rzeczy, których tak naprawdę malować się nie da. Jednak potrafił namalować ciszę i obojętność towarzyszącą upadkowi Ikara, czy przerażenie bożym gniewem i własną zuchwałością, które ogarnęło budowniczych sięgającej ponad chmury wieży Babel. Na jego obrazie wierzchołek wieży jest strzaskany albo w porzucony w popłochu, nim został dokończony. Na wieży i w jej pobliżu nie ma już nikogo. Jest tylko opustoszałym od dawna świadectwem ludzkiej pychy i nieposkromionej ambicji sięgnięcia przypisanych tylko bogom i aniołom niebios. Synowie nie zdołali prześcignąć ojca w artystycznym kunszcie. Pieter posuwał się wręcz do kopiowania dzieł ojca i czasami malował piekielne sceny, od których zresztą powstał jego przydomek Piekielny. Młodszy Jan, może zmęczony duszną atmosferą obrazów brata, wolał zanurzać się w idyllyczny świat Raju lub sielankowe momenty, w rodzaju opuszczania Arki przez Noego i pozostałych jej pasażerów, głównie zwierzęcego pochodzenia.
dzień czterdziesty szósty
Bodajże rok temu, do ponad osiemdziesięcioletniej kobiety wieczorem przyszedł policjant, przynosząc portfel z dokumentami. Starsza pani nawet nie wiedziała, że podczas porannych zakupów została okradziona. Ucieszyła się, że odzyskała wszystkie dokumenty i pozostałą, poza oczywiście forsą, zawartość portfela. Policjant spisał zeznania, starsza pani wiedziała tylko tyle, że była na zakupach, policjant podziękował i się pożegnał. Starsza pani jest schorowana, porusza się o kulach, wychodzenie dalej od domu ogranicza do minimum. Dwa miesiące temu dostała z sądu wezwanie, aby stawiła się na rozprawę w charakterze świadka. Oskarżonym był rzekomy złodziej portfela. Na wezwaniu była informacja, że obecność obowiązkowa, a w razie choroby należy przysłać zwolnienie lekarskie. Starsza pani poszła więc do lekarza, który wystawił jej zwolnienie, wysłane następnie do sądu. Kilka dni temu z sądu przyszło pismo z informacja o nowym terminie rozprawy i informacją o grzywnie wysokości 500 zł, za niestawienie się na poprzednią rozprawę. Zwolnienia powinno być od lekarza sądowego, bo od zwykłego się nie honoruje. Tym razem opaska na oczach Temidy rzeczywiście była niezwykle szczelna. wtorek, 23 października 2007
przypisy ściśle prywatne
ATENA – córka Zeusa i oznaczającej roztropność albo przewrotność Metis, połkniętej w czasie ciąży z Ateną przez boga, który w ten sposób chciał obejść przepowiednię Gai o dziecku, które po opuszczeniu łona matki pozbawić go może tronu. Postanowił więc we wnętrzu własnej czaszki donosić niebezpieczny płód. Czas zbliżającego się rozwiązania sygnalizowały potworne bóle głowy. Aby je uśmierzyć, rozkazał podziemnemu kowalowi Hefajstosowi rozłupać ciężarną czaszkę uderzeniem młota. Z popękanej skorupy wyskoczyła w pełnym, bojowym rynsztunku, modrooka Atena. Prawdopodobnie pobyt w boskiej głowie ojca pozwolił jej roztoczyć opiekę nad wiele wyjaśniającym rozumem. Rywalizuje z muzami o władanie nad królestwem sztuk i literatury. Patronka prządek, tkaczek i hafciarek. Wynalazczyni zaprzężonej w cztery konie kwadrygi i bojowych rydwanów. Konstruktorka i matka chrzestna okrętu Argo, na którym towarzysze Jazona, zwani od nazwy okrętu Argonautami, popłynęli po poświęconą dzikiemu bogowi wojny Aresowi skórę latającego barana czyli Złote Runo. Dziewica, choć z nasienia Hefajstosa, które obryzgało jej nogę, narodziło się bez jej udziału dziecko uznane przez boginię za własne, choć fakt jego istnienia przed pozostałymi bogami zataiła. Do powierzchni jej zwanej egidą tarczy przymocowana była głowa Meduzy, podarowana bogini przez Perseusza. Meduza była jedną z trzech Gorgon, które zamiast włosów miały wijące się węże, zamiast zębów kły odyńców, oraz żelazne stopy i skrzydła. Ich spojrzenia zamieniały w kamień śmiałków, którzy nieostrożnie spojrzeli jednej z nich w oczy. Tej właściwości głowa Meduzy nie utraciła po odcięciu jej od tułowia i umieszczeniu na tarczy bogini. To z tryskającej z niej krwi narodził się skrzydlaty koń Pegaz i dzierżący w dłoniach złoty miecz Chrysaor. Atenę przedstawiano zwykle w towarzystwie sowy i z oliwną gałązką w dłoni. W skład jej bojowego rynsztunku wchodził hełm, włócznia, egida i pancerz zrobiony ze skóry Pallasa. dzień czterdziesty piąty
Ta banda bydlaków, co ukamieniowała w Tatrach niedźwiadka, jeszcze się śmie tłumaczyć, że to w obronie własnej. Przydałyby się na takie okoliczności twarde zasady Szariatu, ale skoro ich brak, to akcja internetowa powinna się szybko rozpocząć, jeśliby tylko ktoś zdobył dane i zdjęcia zwyrodnialców. Opublikować, rozwiesić w miejscach zamieszkania, wysłać do pracodawców z apelem o wyrzucenie na zbity pysk, ze studiów, jeśli studiują, też. Dla takich nie powinno być litości. Jestem przekonany, że kamieniując miśka rechotali rozkosznie, szpanując przed panienkami, co z nimi były. Żal tylko, że los nie ściągnął w miejsce zbrodni matki niedźwiadka, która już by wiedziała, co z bydlakami zrobić, zanim jeszcze sięgnęli po kamienie. poniedziałek, 22 października 2007
przypisy ściśle prywatne
PASIFAE – ze strony matki Perseis wnuczka Okeanosa, ojca wszystkich rzek i całej rzeszy budzących pożądanie różnych bogów Okeanid, z których najbardziej znanymi były Styks, Elektra, Europe, Asja, matka centaura Chejrona Filyra czy Aretuza. Córka codziennie przemierzającego niebo na zaprzężonym w cztery konie rydwanie Heliosa, rodzona siostra Kirke i strzegącego złotego runa króla Kolchidy Ajestesa. Ból wywołany pchnięciami wchodzącego w nią białoskórego byka zerwał z oczu Pasifae muślinową zasłonę namiętności i wtedy dotarło do niej, czego tak naprawdę się dopuściła. To była sprawka Posejdona, który w ten sposób zemścił się na Minosie za dane mu wcześniej słowo oddania byka pod noże rytualnych rzezaków. Dla Pasifae droga odwrotu była jednak szczelnie zamknięta. Krzyk poranionej królowej obudził cały pałac w Knossos. Oszalałego z rozkoszy byka z trudem odciągnięto od imitującej krowę konstrukcji. Minęło trochę czasu zanim przerażony jej budowniczy, którym był Dedal, odważył się otworzyć atrapę, wewnątrz której leżała ociekająca krwią królowa. Czekano na powrót króla łupiącego w tym czasie Attykę. Kiedy powrócił z trwającej kilka miesięcy wyprawy, nikt nie odważył się donieść co zaszło. Ciążę żony kładł na karb wspólnie spędzonej nocy w przeddzień rozpoczęcia wyprawy. Kiedy położne wydobyły z brzucha królowej pokryte gęstym śluzem niemowlę, nie od razu zorientowały się jakiego związku może być owocem. Nastąpiło to po kilku miesiącach, kiedy zdeformowana głowa okazała się byczym pyskiem. Otępiałą Pasifae zamknięto w odosobnieniu, gdzie po krótkim czasie otworzyła sobie żyły klamrą spinającą jej czarne włosy. dzień czterdziesty czwarty
Czyli dzień cierpienia za miliony, taka nowa, poetycko-świecka tradycja, choć cierpieć to najpierw powinno się za siebie, bo jeśli się chce poznać cały świat, to najpierw trzeba opisać swoją wioskę, jak mawiał Czechow czy Turgieniew. A cierpieć za co jest, chociażby za swoje grzechy czynione na okrągło. Tak jakoś już dziwnie jest, że kiedy narzucimy sami sobie dobrowolnie wysokie wymagania natury etycznej, to prędzej czy później złe wykorzysta najmniejszą nawet chwilę naszej słabości, podczas których wkraczamy do krainy ciemności. Powrót jest zawsze bolesny, bo pamięć nasza nie zna litości, przypominając na każdym kroku co uczyniliśmy. Pokuta, kara i może uda się na powrót złapać równowagę. Uff! ... niedziela, 21 października 2007
przypisy ściśle prywatne
AL-GAZALI – Abu Hamid Ibn Muhammad Ibn Muhammad Ibn Ahmad al-Gazali, syn przędzarza wełny z delikatnej sierści gazel, urodzony w miejscowości Gazala. W języku arabskim al-gazali oznacza męskiego rodzaju prządkę. Tak jak Tomasz z Akwinu zdołał w miarę bezboleśnie połączyć w swych obydwu summach katolickie dogmaty ze znanym ówcześnie dorobkiem Arystotelesa, tak Al-Gazali połączył suficki mistycyzm z nauką zawartą w surach Koranu. Odczuwał wokół siebie obecność poddanych Salomona czyli dżinnów, które najchętniej wcielały się w postacie przepowiadających ludziom przyszłość ptaków, nie gardząc ciałami wielbłądów, psów, kotów, skorpionów i węży. Odmienny charakter miały dżinny cmentarne, niebędące niczym innym jak zwiewnymi sobowtórami zmarłych. Właściwie każdy człowiek miał swojego dżinna zwanego Kahinem. Samice dżinnów określano mianem Ghul. Aby uniknąć zgubnego wpływu dżinnów czyhających na ludzka duszę, Al-gazali zalecał zgodnie z Koranem stosowanie muki. Muka była rodzajem przeplatanego klaskaniem w dłonie gwizdania, wydobywanym z ludzkich ust poprzez wkładanie w nie palców. Autor m.in. ,,Niszy świateł”, ,,Celów filozofii”, ,,Samozniszczenia filozofów”, ,,Ożywienia nauk religijnych”, ,,Wybawiciela z błędów”, ,,Drogi wielbicieli Boga”, ,,Rad dla książąt”.dzień czterdziesty trzeci
Wczoraj przerwa, bo wieczór zajęty hucznymi obchodami w hotelu ,,Europejski" XXX-lecia NOW-ej. Kogo tam nie było z tych co oczywiście byli. Wajda, Michnik, Romaszewscy, Bujak, Wujce, Ewa Milewicz, profesorowie Friszke i Paczkowski, oraz delegaci młodszego pokolenia z Maciejem Orłosiem i Marcinem Mellerem z ,,Playboya" na czele. Założyciele ,,NOW-ej" czyli Mirek Chojecki i Boguta oczywiście też. Z tej okazji wyszła też księga ,,Ludzie NOW-ej", na stronach której zaszczyt miałem się znaleźć w naprawdę doborowym towarzystwie. Nie o wszystkim też mogę napisać tutaj, bo wstyd i poruta, której na tle obyczajowym się dopuściłem. No cóż, człowiek nie jest istotą doskonałą, co na każdym kroku widać i nie mam tu na myśli nikogo innego oprócz siebie. Na stronach księgi znalazłem też biogram człowieka, który w mojej teczce z IPN figuruje jako TW, ale postanowiłem nic z tym nie robić, bo esbeckim zapiskom bezkrytycznie wierzyć nie trzeba. Pomimo zacności całego wydarzenia moralny kac po wspomnianej brewerii męczy :(piątek, 19 października 2007
przypisy ściśle prywatne
LEONARDO DA VINCI – 1452-1519, autor własnego autoportretu w kobiecym przebraniu, znanym jako ,,Mona Lisa”. Pośrednim dowodem na to jest akwatinta Charlesa Lemoine z 1845 roku, przedstawiająca Leonarda w trakcie malowania tego portretu. Grafika Lemoine’a wzorowana jest na obrazie Brune-Pagesa. Widać tam wyraźnie, że artysta nie przejawia najmniejszego zainteresowania postacią nieobecnej duchem modelki. W wieku dwudziestu lat po raz pierwszy wpisany do ,,Czerwonej księgi wierzycieli i dłużników” florenckiego Bractwa Malarzy, konstruktor złożonej z lin i wózków machiny transportowej, przy pomocy której ciężką relikwię świętego Gwoździa przetoczono po posadzce katedry mediolańskiej, autor zniszczonego przez gaskońskich kuszników modelu posągu Francesca I Sforzy, właściciel kilkunastu poletek ziemi, konstruktor mechanicznego lwa, który podpełzłwszy do stóp króla Francji Franciszka I rozerwał sobie pierś, wewnątrz której znajdował się bukiet symbolizujących francuski tron lilii.dzień czterdziesty drugi
Przypomniał mi się tekst, który 22 lata temu napisałem w USA pod pseudonimem do miesięcznika, w którym pracowałem. O wyborach, które właśnie miały się odbyć w peerelu. Pisałem w nim o sytuacji wyboru w ogóle, w sensie bardziej filozoficznym, niż politycznym. Uważałem wtedy, że figura prawdziwego wyboru powinna mieć w sobie duży dramatyzmu, a nawet wręcz tragizmu. Wybory polityczne takiego ładunku raczej nie mają, bo za dużo w nich emocji i histerii. W istocie są oznaką dopingu dla swojej drużyny i jest coś z kibolstwa w podniecaniu się takimi wydarzeniami. Politycy najprawdopodobniej i tak się w zaciszach swoich gabinetów śmieją z wyborców, no może w czasie kampanii wyborczej mniej. Dla świętego spokoju jednak trzeba się do urn dotoczyć i coś tam pozakreślać. Ciekawiej na pewno byłoby, gdyby systemy polityczne polegały na tym, że w wyniku wyborów wyborcy, aż do następnego spektaklu, musieliby żyć na wydzielonym terytorium, rządzonym przez ugrupowanie, na które oddali swój głos. I wtedy byłby święty spokój :)
Subskrybuj:
Posty (Atom)