poniedziałek, 31 grudnia 2007

żegnaj stary roku, niech się tam ci dobrze wiedzie w krainie minionych lat, które może kiedyś, kiedy znowu przyjdzie ich czas, powrócą...

niedziela, 30 grudnia 2007

sobota, 29 grudnia 2007

a pieprzyć takie ucho, i tak nic nie słyszało! ;)
metamorfozy ;)

piątek, 28 grudnia 2007

o czym tu dumać na firmowym bruku... ;)

czwartek, 27 grudnia 2007

nieznośna lekkość marzeń o wiośnie ;)

niedziela, 23 grudnia 2007



wtorek, 18 grudnia 2007

dzień enty


Idiomatyzm czyli przypadłość procesów myślowych specjalnej troski, zachodzących w twarzoczaszkach idiomatów, takiej krzyżówki chama z idiotą. Mając na myśli idiotów wyłączamy z nich oczywiście księcia Myszkina i może jeszcze kilka egzemplarzy ludzkiego rodzaju, stworzonego podobno na obraz i podobieństwo. Ja już nie powiem, na czyj stworzeni zostali idiomaci, bo to nie mieści się w tak zwanej pale. Są tak identyczni niezależnie od miejsca pochodzenia i koloru skóry, że rodzi się podejrzenie o ich masowej produkcji w tajnych laboratoriach tajemniczych korporacji. Na pytanie w jakim celu nie znam odpowiedzi i raczej znać nie chcę, bowiem nie sądzę, aby do czegoś wiedza tego rodzaju byłaby przydatna :)

P.S. fotografia wbrew pozorom nie przedstawia przedstawiciela rasy idiomatów. Zamieszczona została w wyniku próżności osobniczej i rozwiania ewentualnych podejrzeń o jakichkolwiek związkach chamsko-idiotycznej hybrydy z jedną form imienia autora blogu ;)

poniedziałek, 17 grudnia 2007

dzień nie wiadomo już który

Wyprawy do lat dzieciństwa miewają w sobie coś bajkowego, albo z melodii wygrywanych przez nakręcane kluczykiem pozytywki. Na chwilę świat w którym na co dzień żyjemy zachodzi delikatną mgłą, a my na powrót mamy po kilka lat, kiedy to nawet się nam nie śniło, co z nas powyrasta.

Na razie przerwa w poezji i nie wiadomo na jak długo rezygnacja z dotychczasowej formuły bloga, odmierzanego rytmicznym oddechem odchodzących w niepamięć dni i nocy. Jakieś wiersze do przepisania, a tego raz, że się niezbyt chce, a dwa, że zakłócanie im spokoju jest łamaniem zasady wu-wei taoistycznych mędrców, co w konsekwencji musi jakoś naruszać kruchą konstrukcję wszechświata, gdzie wszystko ma swoje, przypisane wyrokami bogów miejsce. Skoro coś jest, to znaczy, że być musiało. Skoro słowa zapisane ręcznie na kartkach papieru nie zostały dotychczas potraktowane brutalnie komputerową klawiaturą, to znak, że powinny na razie spoczywać w pokoju i cierpliwie czekać na swój czas.


sobota, 15 grudnia 2007

NA ŚMIERĆ ANATOLA LAWINY

a kiedy anatol el umierał
nie biły w kościołach dzwony
i wrota wszystkich synagog świata
zawarte były głucho
a na wieżyczkach minaretów
ptaki czekały na poranną rosę

a tak niedawno jeszcze
krew co i rusz żywiej w nim krążyła
bo nie umiał
przechodzić obojętnie i pomimo
i mogło go to raz na zawsze zgubić

nikt nie wiedział
że nie był wysoki
bo po prostu nigdy nie było tego widać

rozum był w dłoniach anatola el
orężem szczególnie niebezpiecznym
dlatego nie było wielu chętnych
do stawania z nim na udeptanej ziemi

anatol el bardzo dbał o swoje ciało
i dlatego tajemną wiedzę hinduskich joginów
przekładał na prosty język
gimnastycznych figur

kiedy pojawiał się
nie wiadomo kiedy pośród nas
było dużo śmiechu i pewności
pojawienia się problemów

trudno powiedzieć
skąd ludzie pokroju anatola el
biorą się na tej ziemi
bo nie mogły ich przecież wydać na świat
zwykłe kobiety z krwi i kości

zawsze podejrzewałem
że przysłały go do nas
duchy starożytnych mędrców
którzy w ten sposób
chcieli przypomnieć śmiertelnym
o swych zasługach

anatol el myślał bardzo powoli
i do bólu precyzyjnie
czym przypominał
renesansowych trepanatorów czaszek
albo nieczułych na wdzięki kobiet mistrzów zen

nie miał anatol el łatwego życia
i może to dobrze
że odszedł od nas we śnie

poniedziałek, 10 grudnia 2007

LOKATORZY


mieszkańcy pięter ostatnich
wyżej jest tylko niebo
i wieże kościołów
drapaczy chmur nie bierzmy pod uwagę

czasami krzyczą
nikt nie chce tego poświadczyć
a mimo to ich krzyk
potrafi przebić chmury
uwolnić pioruny
i łzy rodzące zmarszczki
zdobią ich twarze
osuszane porannym słońcem

kiedy dzwony biją
lub wyją syreny
mieszkańcy pięter ostatnich
bacznie obserwują krokwie
dźwigające dachy i niebo
byle trzask jest źródłem niepokoju

nocami
uzbrojeni w mosiężne lunety
śledzą obroty ciał niebieskich
próbując przewidzieć przyszłość

nie sposób odnaleźć ich na listach lokatorów
umierają bezszelestnie
a na ich miejsce
niepostrzeżenie wprowadzają się następni

niedziela, 9 grudnia 2007

DEUTERONOMIUM (HADDEBARIM)


i nie mogliśmy patrzeć w słońce
bez płatków z kwiatów na powiekach
natomiast w lustrach wód stojących
oglądaliśmy się

uczyliśmy się też na nowo
jako tako żyć
bardziej przeczuwając
niż cokolwiek wiedząc
a to było najbardziej potrzebne

nasze dzieci ściskały nas mocno za ręce
matki gładziły po siwiejących głowach
i szeptały ciche zaklęcia
rozwiewane zaraz przez wiatr
w nocy słychać było nieraz
ich niewyraźne echo
i niektórzy z nas zaczęli się uczyć
zapomnianej mowy kapłanów

dziwne to i trudne do pojęcia
nikt nie pamiętał od kiedy
może od wschodu słońca
albo pierwszego plastra miodu
bez śladu goryczy

każdy z nas wreszcie się dowiedział
o rzeczach prostych
niezbyt pogmatwanych
jak tych o męstwie oraz łagodności
jak wreszcie tych o wprost mówieniu
bez względu na okoliczności
i nazywaniu rzeczy po imieniu
patrząc spokojnie przy tym w oczy
a bestii która drzemie słodko
w czeluściach naszych twardych czaszek
nie budzić bez ważnej potrzeby
i regularnie brać kąpiele
w zakolach rzeki zapomnienia
aby zmyć cień co rzuca niebo
i rankiem gasić wszystkie gwiazdy
aż przyjdzie dzień
a może noc

i nic nie będzie zbyt ważne

sobota, 8 grudnia 2007

NUMERI (BEMIDBAR)

aż przyszedł dzień
gdy było nas zbyt wielu
aż brat nie poznawał brata
i przy biesiadnych stołach
zajmowaliśmy miejsca tych
co mieli studnie i ogrody
z których ukradkiem czerpaliśmy wodę
i rwaliśmy dorodne oliwki

Zandalee robiło się za małe
i coraz częściej nasi kapłani
nie mieli ochoty spryskiwać ołtarzy
krwią gołębi
chwytanych przez nas w sieci

a przecież kiedyś tęskniliśmy
za naszym Zandalee
zapomnieliśmy że świętym
i kiedy się policzyliśmy
bez słowa sprzeciwu ruszyliśmy przed siebie
przy dźwiękach bębnów i trąb
nie wiedząc kto i dokąd nas prowadzi

Zandalee stawało się wspomnieniem
a my znowu nie byliśmy pewni
czy to co było kiedyś
nie jest przypadkiem tym co będzie

nasze stopy wzniecały pył
i była ciemność
a noc nie różniła się od dnia
i oślepłe ptaki rozbijały mury miast
które chcąc nie chcąc zdobyliśmy bez walki
nie licząc głosu naszych trąb bojowych

doszliśmy do końca
dalej nie było nic
a my nie wiedzieliśmy
skąd i po co wyszliśmy
skoro dalej nie było nic
za nami kości
i zatruta krwią ziemia
pełna sępów i belladonny

nie podnosiliśmy wzroku
głowy kuląc w ramionach
kiedy z końca świata
wracaliśmy w ciszy
tam skąd wyszliśmy
nie wiedzieć czemu i po co

w Zandalee życie powoli wracało do normy

piątek, 7 grudnia 2007

LEUITIKON (WAJJIKRA)

i tak żyjemy
w rytm obrotów ciał niebieskich
od świąt do świąt
tych większych i tych mniejszych
do bólu przestrzegając reguł
porządkujących nasze życie

niektóre dobrze rozumiemy
inne mniej
a jeszcze innych wcale
lecz kiedy do utraty tchu tańczymy
i przeglądamy się w ciemnym niebie
bacznie wypatrując
najmniejszych choćby oznak ich łamania
to dobrze wiemy
że tak musimy
bez złudzeń
że można inaczej

zbyt długo nas nie było w Zandalee
naszym Zandalee
naszym świętym Zandalee
żeby pozwalać naszym myślom
krążyć nad tym wszystkim

my wreszcie wiemy
nie ważne nawet co
lecz wiemy
i jak
i co
i kiedy

zbyt długo nas nie było w Zandalee

czwartek, 6 grudnia 2007

EXODUS (WEELLE SZEMOT)

nie zdołano nas wszystkich zabić
może dlatego
że wielu z nas
nie było świadomych zagrożenia
a jeden z nas bardziej niż
my wszyscy razem wzięci

Zandalee nie było nawet wspomnieniem
a jednak pojawiało się w snach
i nie dawało spokoju

niektórzy z nas wiedzieli dużo
a jeden z nas więcej niż
my wszyscy razem wzięci
więc bez jednego słowa
poszliśmy za nim
kiedy któregoś ranka
jego posłanie było puste

jego śladów na piasku
nie zdążył wygładzić wiatr
a fale rozbić o skały
porastające lustro wielkiej wody
i słońce całkiem zaszło
za klucz czerwonych flamingów

wędrówka nasza
trwała wieki całe
nam się przynajmniej tak wydawało
jemu zaś mniej od
nas wszystkich razem wziętych
pewnego ranka wiedzieliśmy
że to już koniec

nawet najstarsi z nas nie wiedzą
skąd znamy modlitwy
bez przerwy odmawiane
przed kamienną ścianą

na rynku w Zandalee
naszym Zandalee
naszym świętym Zandale
e

środa, 5 grudnia 2007

GENESIS (BERESZIT)

na początku nie mogło być słowa
raczej krzyk trwogi
na myśl o tym
czego nie było
a co być może będzie

o to co przedtem nie pytano
tym bardziej
że nie było to do pomyślenia
pod groźbą wiedzy o tym
co było
jest
i będzie

zegary
których jeszcze nie było
odmierzały czas w zupełnie drugą stronę

rodziców
wydawanych na świat przez własne dzieci
po chwili nikt już nie pamiętał
a wichry się uspokajały
zanim zdołały nadejść
i rzeki płynęły do swoich źródeł
unosząc ikrę tańczących łososi

zanim byliśmy
to już nas nie było
i twarze starców
wygładzały się z każdą chwilą
niczym senne morze

to było nasze Zandalee
a raczej kiedyś będzie nasze
o Zandalee
nasze Zandalee
nasze święte Zandalee

nie mieliśmy kościołów
bo zanim je wznieśliśmy
nie było nikogo
kto by je umiał budować
nie mówiąc o modlitwach
ani słowach
z których się składały

nad kwiaty przedkładaliśmy ich zapach
a zamiast motyli
wystarczał nam szelest ich skrzydeł
i cień na pękających skałach

tak więc będziemy po wszeczasy głosić
że tak naprawdę
zanim to wszystko na dobre się zaczęło
już było po wszystkim
po naszym świętym Zandalee

wtorek, 4 grudnia 2007

KONIEC

odchodzić należy w półmroku
bez słów
zarówno wielkich
jak i małych
i tak zrobimy
wtopieni w jesienne chmury
bo mowa jest na naszą zgubę

nasze winy zmyją deszcze
kłamstwa zaś
zagłuszy lament płaczek

spojrzenia kobiet i przyjaciół
wskażą drogę

i będziemy pochyleni
po omacku
na palcach
przed siebie
aż dokona się
bez naszego już udziału

i nie będzie już dnia
ani nocy
aż krew powoli zamieni się w wino

bez pytań
a tym bardziej odpowiedzi na nie

za linią horyzontu
bez żadnych konsekwencji
można się już oglądać
i biorąc przykład z aniołów
zapomnieć o pomieszaniu języków
uprawiając sztukę lewitacji

ważne jest też nic nie pamiętać
inaczej nigdy nie powrócimy

poniedziałek, 3 grudnia 2007

PRZESTROGA

nie mów
że w piekle panuje john
bo nie wiesz tego na pewno

nie mów nikomu
że w piekle panuje john
bo cień zlepionych woskiem skrzydeł
walczących z wiatrem aniołów
na zawsze zasłoni oczy
a ci
co smak własnej krwi poznali
odejdą w zielone doliny

jest piasek
gdzie nie spojrzeć piasek
i spojrzenia zastygłe na wieki
wpół drogi do wież
nieśmiało sięgających nieba

potem noc jak przypływ księżyca
zabiera kształty rzeczy
i wspomnienia
na obraz i podobieństwo tego
czego dawno już nie ma
na skrajach urwanych nagle grani
jakieś cienie wypatrują znaków

odchodzą pory dnia i roku
litery bledną trupio
i kartki czerpanego papieru
jak najświętsze dziewice
cierpliwie czekają
na łagodne
lecz zdecydowane
muśnięcia piór kaligrafów

ostrożnie
to tylko john
piasek z milczeniem zalanych piramid
osusza tusz
na jedwabnych zwojach

na nic zaklęcia i mądrości ze spiżu
kiedy john przez świat opuszczony
bezszelestnie je recytuje
w rytm wiatru porywów

na ulicy gołębiej jest cicho
jak na cmentarnej alei
prowadzącej do wspomnień
i zaklętych w kamieniu ma
rzeń

niedziela, 2 grudnia 2007

LILITH

przychodziła zawsze pod osłoną nocy

wtopiona w czerń i sterty wspomnień

wypełniających studnie bez dna
gdzie słowa wrzucone
raz na zawsze ginęły

i nie powracały zniekształcone

a przecież wiatr
na obraz jej i podobieństwo
wprawiał w rytm serca kamienne
co cień jej mieliły
na pokarm syren i smoków
warzony w ogniach piekielnych

wtapiała się w czerń
i śmiech perlisty małych dziewczynek
co na krosnach sięgających chmur
tkały niebo aż po widnokręgi

schowana za pełnią księżyca
budziła skowyt wilków
co podchodzą nieustannie
do naszych wygłodniałych foteli

stąpała na palcach
głaszcząc stopami wiatr
zostawiając na nim niewyraźne ślady
i zapach drogich perfum
wabiąc kohorty motyli

suknie miała tkane z migotania gwiazd
a szepcący jedwab
niezbyt szczelnie okrywał jej ciało
nie była ona z żebra stworzona
lecz bardziej z popiołów miast
co nie mogły się oprzeć
wątpliwym urokom przedłużających się oblężeń

oczy były z rubinów
schwytanych w pajęczynę spojrzeń
spod półprzymkniętych powiek
a wzrok jej zamieniał nas w solne słupy
i nikt nie był w stanie odpowiedzieć
jak wyglądała naprawdę

mówiła nazbyt wyszukanym językiem
i nie mógł on siłą rzeczy
trafiać do wszystkich

kiedy unosiła skraj
jednej ze swych nieskończenie wielu sukni
szelest materiału
przypominał dźwięk strun
trącanych smukłymi palcami
ociemniałych harfistek

nie sposób jej było spotkać
pod zamglonym światłem gazowych latarni
ani tym bardziej
na rogach ulic czy poboczach szos

kiedy miękko i obiecująco
układała się na latających dywanach
i zamykała powieki
to niczym orchidee
kwitły na nich błyszczące rzęsy

czasami tylko
boleśnie dawało się odczuć
ledwie zauważalne muśnięcie ust
i dotyk lodowatych dłoni

a mimo to
kiedy nocne niebo bladło trupio
rozpływała się we mgle
i tylko zmęczone twarze
spieszących do pracy mężczyzn
świadczyły o wysiłku
związanym z przypominaniem sobie snów
w objęciach których
doznawaliśmy trudnych do opisania rozkoszy

więc musimy chcąc nie chcąc wierzyć
że nadejdzie kiedyś taka noc bezsenna
kiedy tęsknić przestaniemy
i poczujemy
że oto stało się to
co stać się musiało
i wtedy najspokojniej w świecie
zapomnimy o niej

ech Lilith
dlaczego to akurat ja

musiałem cię na nowo wymyślić