MAO TSE TUNG – zmarły w 1976 roku przywódca i teoretyk chińskiej rewolucji kulturalnej, podczas której w czasie marszu Stu Kwiatów niszczono zabytki prastarej chińskiej kultury, prześladowano przedstawicieli inteligencji masowo zsyłając ich do niewolniczej pracy na wieś, zbrojąc armię przeciw mocarstwom, w tym i ZSRR, zwanych Papierowymi Tygrysami, oraz likwidując wszystkie wróble. Te małe i sympatyczne ptaki zostały oskarżone o nieposkromiony apetyt w wyjadaniu z kłosów zbóż ziaren, co miało być bezpośrednią przyczyną niedożywienia ludności Chin. Problem rozwiązano w sposób następujący. Wróble, jak wiadomo, nie są w stanie długo utrzymać się w powietrzu na swych wątłych skrzydełkach. Punktualnie o jednej godzinie cały naród chiński miał wylec przed domy i wydawać gongami, garnkami, pokrywkami i czym się tylko da piekielny hałas, który uniemożliwiłby wróblom zaczerpnięcia oddechu przed kolejną porcją latania. Akcja zakończyła się pełnym sukcesem. Powierzchnię całego państwa Środka pokryły zwłoki małych ptaków z popękanymi sercami. Uważano, że myśli towarzysza Mao mają cudowne właściwości i samo ich czytanie czy słuchanie leczy wszelkie choroby. W ten sposób próbowano leczyć głuchoniemych z niewiadomym jednak rezultatem. Idee kulturalnej rewolucji propagowano w Gazetkach Wielkich Znaków, rozwieszanych na ścianach gmachów użyteczności publicznej. Jednym z najpilniejszych uczniów Mao Tse-tunga był Pol Pot, przywódca kambodżańskiej partii Czerwonych Khmerów, którzy zdołali wymordować prawie jedną trzecią swojego narodu.wtorek, 13 listopada 2007
przypisy ściśle prywatne
MAO TSE TUNG – zmarły w 1976 roku przywódca i teoretyk chińskiej rewolucji kulturalnej, podczas której w czasie marszu Stu Kwiatów niszczono zabytki prastarej chińskiej kultury, prześladowano przedstawicieli inteligencji masowo zsyłając ich do niewolniczej pracy na wieś, zbrojąc armię przeciw mocarstwom, w tym i ZSRR, zwanych Papierowymi Tygrysami, oraz likwidując wszystkie wróble. Te małe i sympatyczne ptaki zostały oskarżone o nieposkromiony apetyt w wyjadaniu z kłosów zbóż ziaren, co miało być bezpośrednią przyczyną niedożywienia ludności Chin. Problem rozwiązano w sposób następujący. Wróble, jak wiadomo, nie są w stanie długo utrzymać się w powietrzu na swych wątłych skrzydełkach. Punktualnie o jednej godzinie cały naród chiński miał wylec przed domy i wydawać gongami, garnkami, pokrywkami i czym się tylko da piekielny hałas, który uniemożliwiłby wróblom zaczerpnięcia oddechu przed kolejną porcją latania. Akcja zakończyła się pełnym sukcesem. Powierzchnię całego państwa Środka pokryły zwłoki małych ptaków z popękanymi sercami. Uważano, że myśli towarzysza Mao mają cudowne właściwości i samo ich czytanie czy słuchanie leczy wszelkie choroby. W ten sposób próbowano leczyć głuchoniemych z niewiadomym jednak rezultatem. Idee kulturalnej rewolucji propagowano w Gazetkach Wielkich Znaków, rozwieszanych na ścianach gmachów użyteczności publicznej. Jednym z najpilniejszych uczniów Mao Tse-tunga był Pol Pot, przywódca kambodżańskiej partii Czerwonych Khmerów, którzy zdołali wymordować prawie jedną trzecią swojego narodu.dzień sześćdziesiąty pierwszy
poniedziałek, 12 listopada 2007
przypisy ściśle prywatne
EDWARD GIEREK – pierwszy sekretarz PZPR w latach 1970 – 1980. Gdzieś tak w połowie lat siedemdziesiątych na ulicach i w telewizji pojawiło się niewytłumaczalnie wielu mężczyzn w średnim wieku, do złudzenia przypominających Edwarda Gierka. Jednocześnie, choć trudno się dopatrzyć w obydwu zjawiskach jakiegoś bezpośredniego związku, kierowana przez niego partia zwiększyła w znaczący sposób swoją liczebność. Wyglądało tak, jakby kraj padł ofiarą rozmnażającego się z nieprawdopodobną szybkością pierwszego sekretarza. Na podobną skalę rozmnożyły się również owoce cytrusowe i małe samochody napędzane dobrze ukrytym silnikiem. Te dziwne zjawisko nie ominęło Biura Politycznego partii, którego członkowie zaczęli w niewyjaśniony sposób upodabniać się do siebie. Rozwój tej ewidentnej anomalii przerwały dopiero robotnicze strajki w letnie wakacje osiemdziesiątego roku. Niecałe półtora roku później epidemia wybuchnie ze zdwojoną siłą, różniąc się od poprzedniej objawami, które charakteryzowały się przybieraniem przez ludzi nią dotkniętych zielonego odcienia skóry. dzień sześćdziesiąty
Kiedy lat temu kilka, w mroźny i wietrzny dzień lutego, Imć Cezary Bodzianowski wleczony był przez spadochron na sam szczyt krakowskiego Kopca Kościuszki, dzwony katedry Mariackiej milczały, przykład biorąc zresztą z trąbki hejnalisty. Wszystko odbywało się w całkowitym milczeniu, tylko wiatr wydymający czaszę spadochronu świstał ponuro, a ten ponury nastrój najwidoczniej udzielił się naszemu skoczkowi, unieruchomionemu w skórzanej uprzęży na podobieństwo dzikiego rumaka, bo wyraz jego twarzy nie wróżył nic dobrego, a tym bardziej dowleczenia go skutecznie na sam szczyt kopca. Ale wbrew wszelkim znakom na niebie i ziemi udało sie, artysta szczęśliwie wylądował na samym szczycie, choć nazywanie całej operacji lądowaniem było dość ryzykownym zabiegiem semantycznym. Wyczyn ten porównać można było z inną jego akcją o kryptonimie ,,Świtezianka", kiedy to umieszczony w koszu strażackiego podnośnika pukał wczesnym rankiem do okien łódzkiego wieżowca, aby zaskoczonym mieszkańcom powiedzieć zwykłe dzień dobry. Grozę całej sytuacji podkreślał jeszcze pamiętający chyba czasy Franciszka Józefa mundur, w który nasz bohater był odziany. Stanie przed wejściem do toruńskiego bodaj Muzeum Astronomicznego z siatką wypełnioną meteorytami, czy galopowanie kłusem wokół pustej areny cyrkowej, takiego ładunku dramatyzmu już nie miało. Miało natomiast najpewniej dla kobiet w różnym wieku, które na krakowskim rynku stały sie wbrew sobie ofiarami natrętnych spojrzeń artysty, a już na pewno dla dyrektora wyścigów konnych na warszawskim Służewcu, nieco zdziwionemu zgłoszeniem do gonitwy tekturowego konia z pięcioma nogami. Długo by jeszcze wymieniać akcje Pana Cezarego, ale jednej na koniec opisania nie jestem w stanie sobie odmówić. Otóż któregoś letniego miesiąca wpadł znienacka na nadmorską plażę w modnym kurorcie i odziany w gimnastyczne spodenki koloru łososiowego i takiż biustonosz, rozpoczął wśród dostojnych, wylegujących sie na kocach i leżakach matron, poszukiwanie swego sobowtóra, w celu zrobienia sobie z nim pamiątkowej fotografii. Historie owe pojmiemy lepiej, kiedy uważnie przypatrzymy się fizjonomii Cezarego B. :) niedziela, 11 listopada 2007
przypisy ściśle prywatne
MIESZKO I – niewiadomej daty urodzenia osobnik uważany za pierwszego władcę puszczańskiej krainy, z której wbrew wszelkim znakom na niebie i ziemi wyłoniła się ojczyzna narratora. Brak jednoznacznych wyjaśnień, dlaczego pewien dokument dotyczący obowiązujących praw zaczyna się lub kończy słowami ,,Dagome judex”, co sugerowałoby inne imię opisywanego osobnika. Narratorowi udało wmówić się pewnej grupie antysemitów, że badania DNA jego szczątek wykazały niezbicie przynależność Mieszka do pewnego, znienawidzonego przez nich narodu. dzień pięćdziesiąty dziewiąty
Dzisiaj rocznica, wielka jak stąd do tamtąd, rocznica wypadnięcia na bruk temu Misiu czterdziestego czwartego oczka, ku radości cierpiących za miliony, co rozpacz swoją wygrywali na harmoniki szklanych kręgach, a wiedzieć trzeba, że Miś to był i jest na miarę naszych czasów, który i furę pełną węgla z koniem potrafił oddać w ramach ekstradycji, wymieniając ją na samolot uprowadzony na Tempelhof. A włosy i paznokcie nie oglądając się na nic rosły, rosły, szampon kołysał się u nóg, owiniętych szczelnie onucami, żeby przypadkiem syberyjskie mrozy nie odmroziły małych palców w dolnych kończynach, potrzebnych do wspinania się, żeby brody wsadzać na parapety okien i oglądać życie tak zwanych niezwykłych ludzi. Bolesław Chrobry razem z koronowanymi kolegami przewracał się w grobie z boku na bok. Każdy w młodości był bohaterem, każdy walczył z Niemcem czy komuną, i tylko Piłsudski przed śmiercią, w rocznicę odzyskania niepodległości na placu dziś swojego imienia, kiedy zobaczył te nieprzebrane tłumy legionistów, drżącym głosem powiedział:sobota, 10 listopada 2007
przypisy ściśle prywatne
BRACHU vel SĄSIAD – już w wieku młodzieńczym przypominał reżysera Janusza Zaorskiego z okresu, kiedy ten pełnił funkcję prezesa telewizji publicznej. Przez pewien dość długi okres komunikacja z narratorem odbywała się przy pomocy języka, którym na co dzień posługiwał się pan Zagłoba herbu Wczele. Naoczny świadek posiadania przez ojca narratora wiedzy z zakresu rozmieszczenia na terytorium kraju basenów kąpielowych, do których ojciec zaliczał również baseny przeciwpożarowe, budowane na terenach zakładów pracy. Wracając ze szkoły został poinformowany o fakcie budowania na terenach fabryki ,,Perun” takiego basenu, co w świetle danych o ilości przypadających na jeden basen kąpielowy mieszkańców Opola, było według ojca narratora niebywałym skandalem i żywym świadectwem rządów łobuzów. dzień pięćdziesiąty ósmy
Przywołany do porządku przenikliwym gwizdem berlińskiego Czajnika, stawiam się karnie z pustką w głowie, nerwowo się w nią drapiąc i równie nerwowo przestępując z nogi na nogę, co jak wszystkim wiadomo, widomym znakiem jest konfuzji i spłoszenia :)Dzień jak nie co dzień, bo z leśnym spacerem i niepokojem o jutrzejszy, w popołudnie którego trza się stawić na odsłanianie tablic pamiątkowych po roku owym, co przyniósł nam tyle radości. Do czego to doszło, że człowiek niepostrzeżenie dla samego siebie stał się w miniaturowym wymiarze częścią historii i to historii pisanej z dużej litery. Jeszcze trochę, choć takie propozycje przecież już były, na lekcjach historii zaczną w szkołach pokazywać :)
I to by na tyle było na dziś, które nieubłaganie zmierza do swego końca. To dziś było spokojne, wyciszone, łagodne. Nie jestem do końca pewien, czy taka codzienność byłaby do zniesienia :)
I to by na tyle było na dziś, które nieubłaganie zmierza do swego końca. To dziś było spokojne, wyciszone, łagodne. Nie jestem do końca pewien, czy taka codzienność byłaby do zniesienia :)
piątek, 9 listopada 2007
przypisy ściśle prywatne
PAN BÓG – we wczesnym dzieciństwie pojmowany na podobieństwo dobrotliwego starca z długą, siwą brodą. Wobec braku jakichkolwiek znaków całkowite zawieszenie sądu w sprawie jego istnienia. W przypadku nigdy niekwestionowanej możliwości zaistnienia tego faktu raczej ukłon w stronę koncepcji objawiania się Boga we wszystkim, w co kiedykolwiek ludzie wierzyli, wierzą i wierzyć będą. Dopuszczalny również jest pogląd, że jego doskonałość zdolna jest do samoograniczania, co może przejawiać się w rezygnacji z możliwości wpływania na losy świata i żyjących w nim ludzi, niechęci do udowadniania im swego istnienia, oraz potwierdzania naukowych teorii objaśniających powstanie wszechświata. dzień pięćdziesiąty siódmy
I dokonało się, jedna z Listonoszek, czyli członkiń załogi mojej Arki, przemierzającej wirtualne oceany, zdobyła Nanga Parbat w Himalajach, zostawiając na szczycie miniaturę naszego herbu i spis powszechny wioślarzy płci obojga. A nick zdobywczyni jest Inspirationlane, w skrócie Inspi, i swoim wyczynem wbiła nas, czyli załogę LISTY, w dumę, choć to nie my byliśmy tymi, którzy stopę swoją postawili na głowicy jednej z górskich kolumn, podtrzymujących same niebo w bezpiecznej od Ziemi wysokości. A kiedy Inspi szła aż do samego nieba, Duch LISTY miał ją bez chwili wytchnienia pod swoją opieką, i tylko raz na moment spuścił ją z oka, co nepalskie rzezimieszki skwapliwie natychmiast wykorzystały, dopuszczając się kradzieży jeszcze nie wiadomo czego. Tym sposobem Inspi stała się naturalna koleją rzeczy tą, która z nas wszystkich była najbliżej nieba :) czwartek, 8 listopada 2007
przypisy ściśle prywatne
ODDZIAŁ CÓR KORYNTU – w jego skład wchodziła jeszcze całkiem do rzeczy babcia, córka i dorosła wnuczka. Wszystkim trzem z uszu wyrastały złote kolczyki w kształcie kół. Mąż córki, paradujący na co dzień w czarnym, z czerwonymi wyłogami mundurze motorniczego tramwaju, usiłował pewnej niedzieli wyrzucić ją przez okno, trzymając za nogi głową w dół. Całkowicie zawiniony przez pamięć narratora brak informacji o zakończeniu tej mrożącej krew w żyłach sceny. Prawdopodobnie barwami tramwajarskiego munduru należy tłumaczyć pochodzenie nazwy czerwonoczarnych owadów, zwanych tramwajarzami. dzień pięćdziesiąty szósty
Dzień Wymieniania Rury, przyprawiający przed swoim nadejściem o bezsenność i łagodnie mówiąc wnerwienie. Kanalizacyjne Rury stworzono na pognębienie i pohańbienie rodzaju ludzkiego, na przypomnienie nam naszej grzesznej natury, na znak naszej ułomności. Ale co tam rury, o wiele groźniejsze jest to, co nimi spływa do rzek, mórz i oceanów. Groźne, a zarazem świadczące o zaniku elementarnego wstydu, bo kto to widział odchody i nieczystości do wód pełnych pływającej gadziny odprowadzać po kryjomu, ukrywając to przed światem tak starannie, że nie sposób odnaleźć wersów, kantat czy chorałów poświęconych temu niby codziennemu zjawisku. Nadejdzie, w co głęboko wierzę, czas, w którym Rury niczym mury Jerycha runą od głosów anielskich chórów, na zawsze odchodząc w zapomnienie. środa, 7 listopada 2007
przypisy ściśle prywatne
MIETEK – młodszy towarzysz dziecinnych zabaw narratora. Tak się złożyło, że wszystkie dzieci z Pekinu były młodsze albo starsze od niego. Pogłoski o spółkowaniu Mietka z bezpańskim psem nigdy nie zostały dowiedzione. Nigdy nie ustalono też płci domniemanej ofiary. Kiedy Mietkowi przejechała po stopie zaprzężona w konia fura z węglem, narrator usiłował zapobiec wywiezieniu go karetką pogotowia w nieznanym kierunku, ciskając w maskę pojazdu chodnikową płytę. Czyn ten nie wywołał poważniejszych konsekwencji, jak również nie zmienił biegu wypadków. dzień pięćdziesiąty piąty
Władca Pogody posłał na nas hufce deszczu, wiatru i chłodu, a my nędzne wobec jego potęgi robaki przemykamy się tchórzliwie po ulicach, rozpaczliwie szukając schronienia. Na nic nasze mądrości nawet z gatunku tych najprzedniejszych, jedno skinienie dłoni nawet najpośledniejszego z bogów i widać, co znaczymy we wszechświecie. Tyle co nic. I tak już będzie aż po kres dni nie tylko naszych, ale tych wszystkich, co przyjdą po nas. Może rację miał Pascal, że uwierzyć jest bezpieczniej? Nigdy nie dowiem się, co sądził na ten temat Achilles Rosenkranz, ani co tak naprawdę myślał w domu dla psychicznie i nerwowo chorych milczący aż do śmierci Ezra Pound, kiedy być może ktoś scenicznym szeptem przeczytał mu początek Canto XCIII, brzmiącej tak oto:The autumn leaves blow from my hand,
agitante calescemus...
and the wind cools toward autumn.
Lux in diafana,
Creatrix,
oro.
wtorek, 6 listopada 2007
przypisy ściśle prywatne
PASCALE – znana w Brukseli artysta fotograf. Fotografowała zainscenizowane przez siebie teatralne sytuacje, w których pozujący modele odgrywali na przykład role diabłów i aniołów. Ponadto w jej twórczości pojawiał się często motyw zawiniętych w przezroczystą folię lub umazanych błotem nagich ludzkich ciał. Czasami robiła portrety. Któregoś dnia trzymany przez Pascale w szufladzie komody wibrator samoczynnie się uruchomił, wywołując zrozumiałą konsternację właścicielki ;)P.S. na zdjęciu jest O., która nie ma nic wspólnego z Pascale :)
dzień pięćdziesiąty czwarty
Coś się mi żółwie pozalęgały w głowie, najpierw ten eleacki, ścigany daremnie przez Achillesa, a potem taki jeden z Chicago, kolorowy dziwnie, co pewnego razu normalnie przemknął przez podwórko jak nie żółw, aż pogoniłem za nim w krzaki, żeby upewnić się, czy to rzeczywiście żółw. No i rzeczywiście był to żółw wielkości małego kota. Nie dość, że pomykał szybko, to jeszcze na wyprostowanych nogach. Mutant cholerny, zaburzył mi na długo wizję żółwi przemieszczających się leniwie i statecznie. I myślę tak sobie jeszcze, że dogoniłem gada, a Achilles w aporii Zenona nie! :)Żółwie żółwiami, zwierzaki na ogół sympatyczne, jest coś w nich takiego, co każe podejrzewać posiadanie przez nie smoczych przodków. Może skorupy ich szylkretowe to pozostałość skarlała i skamieniała smoczych skrzydeł, świst których zwiastował zbliżanie się ziejących ogniem bestii, które tak naprawdę bestiami nie były. To ludzie w swoich spłoszonych umysłach uznali je za stworzenia groźne, niosące śmierć i zniszczenie, a one tak naprawdę próbowały nam przekazać starożytną mądrość, zbieraną skrzętnie od zarania tego świata.poniedziałek, 5 listopada 2007
przypisy ściśle prywatne
WOŹNA KUJAWOWA – skóra żywcem ściągnięta z krakowskiej aktorki Haliny Wyrodek, w przejmujący sposób wykonującej pieśń ,,Ta nasza młodość”. Dopuściła się krzywoprzysięstwa zeznając, że uratowała od niechybnej śmierci dwóch pięcioklasistów, w tym narratora, którzy według niej próbowali powiesić się na wieszakach w szkolnej szatni. W zamierzeniu niedoszłych wisielców miał to być żart, polegający na próbie nastraszenia dziewcząt z klasy upozorowanym samobójstwem. W trakcie próby generalnej, w pętlach na szyi i przywiązani szubienicznymi linami do wieszaków, z wybałuszonymi oczyma oraz wywalonymi na wierzch językami, obficie toczyli ślinę przy akompaniamencie śmiertelnego charkotu wydobywającego się z ich gardeł. Zamiast oczekiwanych dziewcząt pojawiła się pani Kujawowa i przerwała spektakl razami zadanymi wierzbową witką. Wobec jej zeznań, w których wbrew faktom przedstawiała się jako ta, która w ostatniej chwili odcięła rzekomych samobójców, ich wersja nie była warta funta kłaków. Przerażonym rodzicom nakazano natychmiastowe poddanie swego potomstwa badaniom psychiatrycznym, czego na szczęście, dając wiarę swoim pociechom, nie uczynili. dzień pięćdziesiąty trzeci
Coraz dłuższe przerwy między jednym a drugim blogowaniem, ale praca, zmęczenie i piątkowa balanga w klubie zrobiły swoje. Impreza przednia, wspólna zabawa heteryków i homo, M. nagle zniknął, by za chwilę pojawić się w stroju Supermana bez rajstop, ze sztuczną różą w wiadomym miejscu, koralami i makijażem, natomiast H., mieszkający na co dzień w czeskiej Pradze, szepnął mi do ucha, że T. jest zajebista, a widać było, że przypadli sobie do gustu. Jeszcze ten lustracyjny dylemat, który objawił się w książce ,,Ludzie NOW-ej". Otóż jest w niej biogram i zdjęcie człowieka, który w mojej teczce z IPN figuruje jako TW. Nigdy go nie znałem, jego nazwisko w mojej teczce nie wiadomo dlaczego, może od biedy można doszukać się jakichś związków z moim pierwszym zatrzymaniem na 48 godzin w roku 1977. Nie mam zamiaru nic z tym robić, bo nie do końca ufam esbeckim zapiskom. Lustracyjnego kontredansu ciąg dalszy w przypadku Michała Boniego i aktora Tomasza Dedka. O ile ten ostatni budzi nawet rodzaj paradoksalnego szacunku, kiedy nie szuka dla siebie żadnych usprawiedliwień i zdaje sobie sprawę ze świństw jakie robił, o tyle Michał Boni brnie w dziwną uliczkę, usiłując przedstawić swoje wyznanie w kategoriach heroicznych. Chyba nie do końca rozumie, że nie to jest naganne, ze podpisał w chwili słabości i strachu o najbliższych, ale fakt ukrywania tego tak długo. Można przecież domniemywać, że ogłosił to światu w momencie, kiedy dostał jakiś cynk, że coś w archiwach IPN na niego znaleźli. Upiory przeszłości nadal wstają z grobów i tylko niebiosom dziękować należy, że samemu można spać spokojnie. czwartek, 1 listopada 2007
przypisy ściśle prywatne
JAN CHRZCICIEL – ścięty w 27 r.n.e. na życzenie Salome, córki Herodiady, żony Heroda Antypasa, odebranej przez niego wcześniej własnemu bratu, ścięty niechętnie na rozkaz dotrzymującego obietnic tetrarchy. Prorok przepowiadający na pustyni Judzkiej, gdzie żywił się owadami szarańczy i miodem dzikich pszczół, bliskie nadejście królestwa niebieskiego. W wodach Jordanu obmywał świeżo nawróconych z grzesznej przeszłości i ujrzał w Jezusie baranka bożego, który miał zgładzić grzechy tego świata. Według Jezusa, wśród ludzi zrodzonych z niewiast w zwykły sposób, nie było od Jana większych. Żył lat trzydzieści.dzień pięćdziesiąty drugi
Cmentarze pełne kwiatów i płonących zniczy, na znak naszej pamięci o tych, co odeszli na zawsze. Pamiętam taki film Konwickiego i rzadkiej urody scenę, w której bohater nocą unosi się nad moim miastem i zamiast w niebo gwiaździste nad sobą, patrzy na migoczące światłem świec cmentarze. To po obejrzeniu tej sceny przez kilka ładnych lat wieczorami, w czas tego święta, wjeżdżałem windą na ostatnie piętra wieżowców, żeby popatrzeć na światła i dymy wielkiego cmentarza. Obok niego był inny, opuszczony i zapomniany, zarośnięty lasem. Kiedy pierwszy raz zapuściłem się w głąb, poraził mnie widok niewielkiego wzgórza porośniętego brzeziną i zwalonymi bezładnie na ofiarny stos starymi macewami. Po latach kirkut odbudowano i ogrodzono, choć jest to teraz miejsce, przed samotnymi wyprawami na który ostrzegają cmentarne przewodniki. Ot paradoks.
Subskrybuj:
Posty (Atom)