sobota, 6 października 2007

Opowieści ściśle prywatne

Muzyczne dźwięki tylko wtedy mogą coś znaczyć spoza obszaru muzyki, jeżeli wcześniej przypiszemy im słowami jakieś nowe, uprzednio nieznane znaczenie. Na przykład wydawane przez myśliwskie rogi dźwięki, które dla myśliwych są tylko im znanym językiem. Rozmawiałem kiedyś z człowiekiem, który znał tajniki mowy grywanych na polowaniach melodii. Rozmowa odbywała się pewnego wieczoru w domu położonym nad dwoma, połączonymi śluzą stawami. Dom był własnością rodziców Wojtka, który spędzał tam rokrocznie z całą rodziną wakacje. W skład rodziny wchodziła żona i dwójka różnej płci dzieci. Człowiek, który wtajemniczał nas w arkana sekretnej mowy myśliwskich rogów i piszczałek, był wedle własnych słów nie lada autorytetem w dziedzinie polowań. Świadczyć o tym miała liczba ustrzelonych przez niego dzików, do których odnosił się również termin dzika świnia. Struchleliśmy nieco, kiedy z ust niespodziewanie przybyłego na kolację myśliwego padła liczba upolowanych przez niego wspomnianych zwierząt. Dotychczas sądziliśmy naiwnie, że podana przez niego liczba ustrzelonych własnoręcznie zwierząt obejmuje całą ich krajową populację. Przez głowę przebiegła mi wtedy przerażająca myśl, że zbliżone ilości upolowanych zwierząt przemnożone przez orientacyjną liczbę myśliwych, dają w efekcie apokaliptyczny obraz terytorium Polski, przemierzanego przez niezliczone watahy odyńców i loch w otoczeniu merdających kręconymi ogonkami warchlaków. Kiedy podzieliłem się głośno tymi wątpliwościami usłyszałem, że osiągnięcia naszego pogromcy dzików wcale do najwybitniejszych nie należą. Ta informacja tylko pogłębiła powstały w mojej głowie zamęt. Na szczęście rozwiała go uwaga małżonki myśliwego, która widząc moje zaniepokojenie wyjaśniła, że do dzików zaliczyć można również te z udomowionych świń, którym udało się czmychnąć z chlewików w głąb leśnych ostępów. Wedle jej słów proces wstecznego dziczenia postępował tak szybko, że po kilku miesiącach pobytu udomowionej świni w towarzystwie swych na dobre zdziczałych pobratymców, nie można jej było od nich w żaden sposób odróżnić. Ta informacja rozwiała mój niepokój.

Prezent w postaci magnetofonowej kasety z nagranymi i opisanymi dźwiękami myśliwskich rogów, który wręczył nam odjeżdżający nazajutrz myśliwy, był niestety tylko w jednym egzemplarzu i z racji funkcji gospodarza przypadła Wojtkowi. Kiedy zostaliśmy sami, jeszcze długo komentowaliśmy uzyskane poprzedniego wieczoru informacje. Drugim, choć w istocie mniejszej wagi tematem poruszonym podczas tej pamiętnej kolacji, była sztuka wabienia dzikich zwierząt. Polegała ona, jak się dowiedzieliśmy, na naśladowaniu przy pomocy głosu własnego lub skonstruowanych w tym celu urządzeń, zwanych fachowo wabikami, odgłosów wydawanych przez zwierzęta, co do których wabiący podejmował potem ostateczne w skutkach decyzje. Jakoś tak się złożyło, że pierwszy wpadłem na pomysł wypróbowania własnych zdolności imitowania takich odgłosów. Stało się to w momencie przebudzenia następnego dnia z poobiedniej drzemki. Zajmowaliśmy z Tetką gościnny pokój na piętrze. Okna wychodziły na rosnąca obok domu rozłożystą brzozę, w cieniu której spożywaliśmy posiłki, w tym i nieraz obficie zakrapiane kolacje. Tuż po przebudzeniu wzrok mój padł na duży arkusz papieru, z którego natychmiast wykonałem niezbędną do wydania odgłosu nieznanego mi jeszcze wtedy zwierzęcia tubę. Wystawiwszy ją przez uchylone okno przytknąłem do niej usta i dmąc niczym nie przymierzając w jerychońską trąbę, wydałem przerażający nawet mnie samego ryk. Jego odgłos strącił z roweru przejeżdżającego w tym samym momencie pod oknem Julka, starszą latorośl Wojtka. Z łóżek poderwali się też pozostali domownicy. Stało się w tym momencie dla wszystkich łącznie ze mną jasne, że byłem obdarzony niezwykłym bądź co bądź talentem naśladowania głosów rozmaitych bestii. Wieczorem wraz z rozochoconym Julkiem zaszyliśmy się w pobliskim lesie, skąd w kierunku wioski wydaliśmy kilkakrotnie przerażające odgłosy. Julek okazał się niezwykle pojętnym uczniem. Biorąc pod uwagę jego młodzieńcze wiersze, których bohaterem była postać Lcamtufa, powstała w wyniku tajemniczych przemian niepozornego konika na biegunach, nie mogło być inaczej. Pamiętam, że Julek długo był przekonany, że w księżycowe noce Lcamtuf przylatywał pod jego okno strasząc go delikatnymi uderzeniami kopyt w szybę.

Następnego dnia udaliśmy się do pobliskiego sklepu, którego właściciela z niejasnych powodów nazywano Piglusiem. Celem wyprawy był zakup produktów, mających urozmaicić wieczorne ognisko. Miejscowe obyczaje nakazywały w takich przypadkach krótką wymianę zdań, pozornie niezwiązanych z właściwym celem wizyty. Zaciekawieni reakcjami wioski na wydawane wczoraj odgłosy zapytaliśmy o nie, nie zdradzając oczywiście ani słowem naszej z Julkiem sprawczej w tym roli. Usłyszeliśmy, że wśród mieszkańców wsi powstało przekonanie o wcześniejszym niż zwykle początku godowego okresu jeleni. Skończywszy zwyczajowe uprzejmości, nasze żony postanowiły zakupić większą niż zwykle ilość poćwiartowanych kurczaków, ale traf chciał, że tego dnia w sprzedaży nie było jakichkolwiek elementów budowy tego udomowionego przez człowieka ptaka. Stropiony naszym nieukrywanym niezadowoleniem właściciel sklepu nieśmiało zasugerował zakup czegoś, co w żadnym razie nie przypominało najbardziej nawet nietypowego kurczaka. Już na pierwszy rzut oka było widać, że spoczywające wewnątrz chłodniczej lady zmrożone na kość szczątki musiały należeć do ptaka przynajmniej wielkości bociana, choć resztek bociana ze względu na szeroki i mocno zakrzywiony czerwony dziób, skarlałe skrzydła i zakończone ostrymi szponami kończyny też nie przypominały. Grzecznie podziękowaliśmy za zaoferowany towar, a na wieczorne ognisko zakupiliśmy zupełnie co innego. Wszystkich bez wyjątku dręczyło pytanie, czego to szczątki Pigluś usiłował nam sprzedać. Zdecydowaną większością głosów odrzuciliśmy pojawiające się kolejno wersje, upatrujące w zmrożonych na kamień szczątkach bociana, monstrualnej wielkości indyka czy pingwina, bo taka hipoteza też się pojawiła. Dopiero przy płomieniach dogasającego ogniska ktoś wpadł na pomysł, że może Pigluś w jakiś tajemniczy sposób wszedł w posiadanie wymarłego gatunku dronta z rodziny Raphidae o uwstecznionych skrzydłach i ogonie, ostatni raz widzianego na Mauritiusie w siedemnastym wieku. Ten wymarły nielot dochodził wedle pisemnych relacji misjonarzy do siedemdziesięciu pięciu centymetrów wysokości i znany był pod nazwą Dodo, wziętą wprost z narzecza tubylców. Natychmiast rzuciliśmy się do domu, aby w zbieranych jeszcze przed wojną przez dziadka Wojtka zeszytowych wydaniach encyklopedii Ultima Thule zweryfikować nasze podejrzenia. Pod hasłem Dodo rzeczywiście widniał rysunek ptaka, który do złudzenia przypominał ofertę handlową Piglusia. Całkowitej pewności jednak nie mieliśmy. Ze starannie oprawionych zeszytów wspomnianej encyklopedii, którą Wojtek odziedziczył w wersji kończącej się na literze S, można się było dowiedzieć o wielu innych ciekawych rzeczach. Na przykład co tak naprawdę wyciekło z otwartej pośmiertnie czaszki wodza rosyjskiej rewolucji czy o obyczajach innych narodów. Z pożółkłych stron encyklopedii wyczytać można było, że istniały takie narody, których przedstawiciele zamieszkiwali swe pozbawione podłóg jednoizbowe chaty wspólnie z chlewną trzodą, a istniały też takie, które nie cofały się przed spożywaniem padliny, za największy przysmak kulinarny uważając jeże. Nie bardzo w te rewelacje wierzyłem do czasu, kiedy gdzieś przeczytałem wywiad z przedstawicielem nacji zajadającej się jeżami. Otóż człowiek ten ubolewał, że na organizowany przez niego festiwal muzyczny nie dotarł z Ameryki jeden z jego znamienitych ziomków. Otóż ten godnie reprezentujący w Ameryce swój naród człowiek na wieść, że zapraszający go organizator festiwalu podejrzewany jest o zjedzenie psa, przyjazd swój na festiwal z tego względu po prostu odwołał. Okazało się, że autorem tego niezrozumiałego pomówienia był rodak obu mężczyzn. W tym samym czasie organizował podobny festiwal i nie chciał dopuścić, aby konkurencyjna impreza za sprawą przybysza z Ameryki doznała niezasłużonego splendoru. Te prasowe rewelacje w oczywisty sposób uwiarygodniały zeszyty encyklopedii jako źródło bezcennych informacji.

Kiedy następnego dnia skoro świt pobiegliśmy do sklepu i podstępnie wyraziliśmy ochotę na zakup nieważne pod jaką postacią kurczaków, Pigluś jak gdyby nic spytał, o jakie części tych ptaków nam chodzi, ponieważ w dniu dzisiejszym oferta była niezwykle imponująca. Lada chłodnicza rzeczywiście pełna była skrzydeł, kończyn i korpusów. Po wczorajszej ofercie nie było nawet śladu. Kiedy spytaliśmy Piglusia , czy nie ma jeszcze przypadkiem w sprzedaży tego, co nam jeszcze wczoraj oferował, udał że nie wie o co chodzi. Zaczęliśmy żałować, że jednak nie kupiliśmy tego, co jeszcze wczoraj było w zasięgu naszej ręki, ponieważ szanse rozwiązania dręczącej nas zagadki malały niemal do zera. Całkiem niedawno jedna z gazet opublikowała sensacyjne doniesienie o odkryciu związanym z datą ostatecznego wyginięcia Dodo. Wedle jakiegoś angielskiego uczonego, zajmującego się ustalaniem wiarygodnych dat wyginięcia w ostatnich kilkuset latach licznych gatunków zwierząt, ostateczne zniknięcie Dodo z listy wymarłych gatunków można z powodzeniem przesunąć w górę o lat ponad czterdzieści. O ile dobrze pamiętam, metoda ustalania tego typu dat nie opierała się jedynie na ustnych lub pisemnych relacjach naocznych świadków. Uzupełniona była opartym o żelazne prawa statystki wzorem, który pozwalał poszukiwaną datę ustalić z większą niż dotychczas dokładnością.

Wracając zaś do wieczornego ogniska, podczas którego usiłowaliśmy z różnym skutkiem rozwiązać zagadkę zawartości lady chłodniczej, już następnego dnia musieliśmy udać się z Tetką w drogę powrotną do domu. Zanim to jednak nastąpiło, zdążyłem z małą Adelką przerobić kilka rosnących przed domem ogórków na kształt totemów nieznanych nam afrykańskich plemion. Użyliśmy do tego celu kwiatów słonecznika, metalowych śrubek, gwoździ i kilku rodzajów kolorowych owoców zerwanych z rosnących wokół krzewów. Kiedy to skończyliśmy, musieliśmy się z Tetką bardzo pośpieszyć, aby zdążyć do naszego domu przed nadchodzącym nieuchronnie końcem lata.

dzień dwudziesty dziewiąty

Chciałem zmusić swoją Florkę marki europejski kot pręgowany, aby zaczęła kłaniać mi się w pas, ale jak na razie polityka w stosunku do niej na kolanach nie przyniosła oczekiwanych efektów. Kot ma trochę ponad trzy lata, prawie nówka, chodzi jak szwajcarski zegarek, jestem jego pierwszym właścicielem i nie mam najmniejszego zamiaru wstawiać Florki do komisu. Zapomniałem dodać, że gęste i błyszczące futro zabezpiecza jej brzuch przed korozją.
Dziś pierwszy dzień powrotu po latach do czasów studenckich i rzeczywiście tak się chwilami czułem, jakby wskazówki zegarów zaczęły poruszać się w zupełnie drugą stronę. Jak skończę te studia, to może zapisze sie do wieczorowej podstawówki? :)

piątek, 5 października 2007

wspomnienia z Biura Promocji Głupoty

Bodajże w poniedziałek Bestia pytała mnie o komentarz na temat odejścia Agnieszki. Powiedziałem wtedy, że jest to prosta konsekwencja jego stosunku do pracowników. Bestia coś wymamrotała, że to wszystko dlatego, że ma tyle spraw na głowie i może rzeczywiście za mało zwraca na to uwagi. Ale to była tylko iskierka rozumu, która na moment zabłysła w bestiowej głowie i natychmiast zgasła. Nosiła się z tym Bestia cały tydzień i dzisiaj wybuchła. Zwołała zebranie i na koniec zatrzymała mnie z Elwirą. Z miną wariata, z trudem hamując wściekłość wycedziła, że nie ma co płakać po Agnieszce, bo była wredna i podła, wiedziała kiedy odejść, miała muchy w nosie, a tak naprawdę przez dwa miesiące nie potrafiła napisać tekstu ,,o prowokacjach Sanepidu", t.j. o braku reakcji tego szacownego organu na ptaki w Hali Mirowskiej, na lampy owadobójcze w Marcpolu i na nieszczęsnego psa, któremu jak pamiętasz robiliśmy razem w sklepiku zdjęcie. I nie ma co po Agnieszce płakać, patrząc wymownie w moja stronę. O kurwa! Wieczorem, po kolejnej rekrutacji redaktorów, wróciła do tematu w sposób nawet jak na bestie wyjątkowo pokrętny. Stwierdziła mianowicie, że Agnieszka dlatego odeszła, bo Bartek odszedł. Kiedy zapytałem, jaki to ma związek, Bestia stwierdziła, że Agnieszka sama by nie dała rady i dlatego, chcąc uniknąć zdemaskowania, odeszła.

Rekrutacja. Tym razem sami młodzi ludzie w liczbie sześciu (jeden samczyk). Bestia zaczęła coś bredzić o radzie programowej i swej ubiegłotygodniowej podróży do Anglii, na targi Royal Show (do lipcowego numeru przeznaczyła na to wydarzenie sześć bitych kolumn). Nawiązując do wczorajszych zamachów w Londynie, zaznaczyła, że też tam była, a targi były w Birmingham. Coś się Bestii pojebało, bo Birmingham to była wyprawa federacji p.c. do J.P., tyle, że dwa tygodnie wcześniej. I tak bredziła, indagując tych nieszczęśników na temat ,,czym jest dla nich praca". Potem, z wyraźnymi objawami manii prześladowczej zwróciła się, żeby napisali o braku reakcji sanepidu na obecność gołębi w Hali Mirowskiej. Napisali. Na koniec, tak zresztą jak przedwczoraj, zapytała, jak się Państwu podobało spotkanie i czego się Państwo nauczyli. Jedna z dziewcząt, dziennikarka wolny strzelec z siedmioletnim stażem, odpowiedziała, że jest zaskoczona. Bestia zapytała czym? Na to dziewczyna o wielkiej dzielności serca stwierdziła, że to niepoważne zmuszanie ludzi przez ponad godzinę do wysłuchiwania o wojażach właściciela firmy, a ani słowa o warunkach zatrudnienia. I kogo takie opowieści obchodzą. A jeśli chodzi o nauczenie się czegoś, to czuła się jak w szkole podstawowej i niczego się nie nauczyła. I tak samo jak ta, która przedwczoraj wyszła, spojrzała na mnie z porozumiewawczym uśmiechem. To było piękne. Bestia natychmiast zakończyła spotkanie i zapytała, kto mi się najbardziej podobał. Ja tym razem zgodnie z prawdą, że właśnie ta, a nie inna. Więc Bestia tłumiąc wściekłość: - Ta pyskata? Dosyć mam takich, co mają muchy w nosie. Ona kłamała, że się niczego nie nauczyła. Musiała się czegoś nauczyć! Ja na to, że może mówiła szczerze. Bestia: -To niemożliwe!


I zadzwonił bestiowy telefon wielkości pierwszych modeli komórek albo trąby pierwszego anioła z Apokalipsy. Okazało się, że najstarszy pomiot, ten z niegojącą się dziurą w brzuchu, wyjechał na wakacje do Władysławowa i jest w szpitalu. Dostał tak zwanej ,,biegunki podróżnych", czyli zatrucia jakimś pożywieniem. Żeby było śmieszniej, tekst o ,,biegunce podróżnych" niejakiej dr K. będzie w lipcowym numerze. Bestia poniewierała brutalnie Bestiową, że puściła pomiota na wakacje. Zawołała biednego Janusza i poinformowała go, że chyba trzeba będzie jechać jutro po pomiota. Nieszczęsny Janusz prosił Bestię, żeby zdecydowała o tym teraz, bo jeśli nie będzie telefonu do wieczora, on chce wyjechać z rodziną na weekend. Bestia łaskawie się zgodziła, że ewentualnie zadzwoni i w drodze łaski i wyjątkowego wyróżnienia będzie mógł po pomiot pojechać. Potem poleciła Januszowi dosiać trawy w ogródku z tyłu budynku, bo te wróble za dużo wydziobały i są na trawniku łyse placki. Przed siódmą wydostałem się z tej pułapki na ludzi. Czy ja przypadkiem nie zwariowałem? J

Opowieści ściśle prywatne

Miejsce, do którego trafiłem, w porównaniu z koszarami były jak bułka z masłem. Intuicja podpowiadała, że pierwszą rzeczą, jaką należy czym prędzej uczynić, jest dokładne zapoznanie się z obowiązującymi przepisami. Wiedziałem już z doświadczeń, że im bardziej absurdalne, tym bardziej zasługują na uważną lekturę przynoszącą najczęściej wiele uciechy, a nieraz i pożytku. Gwoli wyjaśnienia należy dodać, że status tymczasowo aresztowanego był o wiele gorszy od statusu więźnia, ponieważ zakaz nawiązywania kontaktów z mieszkańcami innych cel był dokuczliwy. Właściwie może nie tyle sam zakaz, ile konsekwencje wynikające z jego łamania. Zbytni puryzm w rozróżnianiu tych dwóch kategorii podopiecznych służby więziennej byłby niewytłumaczalną przesadą, więc nie popełnię większego błędu używając terminu więzień w stosunku do wszystkich, nie wyłączając siebie.

Z regulaminu wynikało, że posiadamy jakieś prawa. Prawo do religijnej posługi, prawo do korespondencji, do paczek raz w miesiącu oraz widzeń. Mieliśmy także prawo do snu przy palącej się całą noc, osłoniętej metalową siatką żarówce. Był jeszcze spacer, ale o tym już wspominałem. Ta część regulaminu była raczej banalna i nie wzbudziła większego zainteresowania. Ciekawsza była jego druga część, kto wie czy nie najważniejsza, zwana regulaminem kar i nagród. Charakterystyczna była tytułowa kolejność zestawu bodźców, za pomocą których kierujący aresztem mogli wpływać na zachowania powierzonych ich opiece podopiecznych. Należały do nich przeniesione żywcem z koszar obyczaje meldowania się i przyjmowania tak zwanej postawy zasadniczej, polegającej według żołnierskiego savoir vivru na wyprężaniu sylwetki w pozycji baczność. Kary w gruncie rzeczy polegały na pozbawieniu delikwenta większości przysługujących mu praw. Regule tej nie podlegała kara twardego łoża, której maksymalna długość nie mogła przekraczać czternastu dni.

W przypadku możliwych do zdobycia nagród rzecz się miała zupełnie inaczej. Sprowadzały się do ustnych i pisemnych pochwał, z których najciekawszą w konsekwencje dla wyróżnionego nie daj Bóg w ten sposób nieszczęśnika, była pochwała wyrażona ustnie w obecności pozostałych mieszkańców celi. Jednak moje największe zainteresowanie wzbudziła nagroda, polegająca na możliwości przekazania wskazanej osobie własnoręcznie wykonanego przedmiotu. Natychmiast więc zapragnąłem wykonać taki przedmiot, nie mając jeszcze niczego i nikogo konkretnego na myśli. Najłatwiej dostępnym i w związku z tym najbardziej rozpowszechnionym surowcem używanym do produkcji różnorakich przedmiotów był dokładnie uprzednio przeżuty chleb. Można było lepić z niego, niczym z gliny, dosłownie wszystko. Zabrałem się więc żwawo do lepienia chlebowego człowieczka, na oko dwudziestocentymetrowej wysokości. Najwięcej czasu i uwagi poświęciłem wykonaniu nieproporcjonalnej wielkości genitaliów, które aby realizm był pełniejszy, ozdobiłem imitacją owłosienia. Do tego celu użyłem wyskubanych z materaca strzępków wełnianej przędzy. Postać, która wyszła spod mojej ręki, miała na głowie czapkę z otokiem i daszkiem z aluminiowej blachy odzyskanej z tubki po paście do zębów. W założeniu miała przypominać milicyjne nakrycie głowy. Efekt ten miała potęgować trzymana w ręku pałka z zapałki. Kiedy prace nad figurką zostały zakończone, zawisła z okiennej kraty na szubienicznej pętli.

Podczas spaceru celę dokładnie przeszukiwano. Operację tę w więziennym slangu nazywano kipiszem. Nietrudno się było domyśleć, że w razie kipiszu chlebowy człowieczek stanie się obiektem zainteresowania więziennych strażników i padnie ich łupem. Ze współlokatorami ustaliłem, że w przypadku zarekwirowania człowieczka i wizyty u żądającego wyjaśnień naczelnika aresztu, na jego przewidywane pytanie o człowieczka ,,co to jest?” mamy krótko i zwięźle odpowiadać ,,chleb!”. Ostatecznie to przecież chleb był surowcem, z którego powstała namiastka glinianego Golema. Nasze przewidywania sprawdziły się w stu procentach. Po powrocie ze spaceru Golem zniknął, choć w celi tym razem nie było śladów kipiszu.

Zaniepokojony jego utratą natychmiast nacisnąłem przycisk dzwonka, którego dźwięk był dla strażników sygnałem, że w celi wydarzyło się coś wyjątkowego. Niewątpliwie zniknięcie chlebowego idola czymś zwykłym i naturalnym nie było. Najpierw szczeknęła ręcznie zasuwana sztaba, potem w drzwiach zazgrzytał klucz i stanął w nich strażnik, którego z racji postury, wieku i związanego z tym doświadczenia nazywano Marabutem. Chodziły o nim pogłoski, że z upodobaniem uczestniczył w egzekucjach skazanych na śmierć więźniów. Wygląd jego nie tylko nie przeczył tym pogłoskom, ale wręcz je potwierdzał.

- Panie oddziałowy! Mieliśmy tu w celi chleb, wisiał sobie spokojnie na kracie i w czasie spaceru zginął! Co tu się panie oddziałowy dzieje?

- Chleb? – powtórzył ponuro Marabut? – Chleb? Za ten chleb to wisieć będziecie wy! – i drzwi zatrzasnęły się z powrotem.

Po tych słowach zdałem sobie sprawę, że Marabut mógł potraktować Golema jako swój i swoich kolegów po fachu zbiorowy konferekt, a rzucone pod moim adresem ostrzeżenie było aluzją do sposobu przechowywania zarekwirowanego chleba. Niepokój mógł budzić nienormalnie mocny akcent, jaki położył na słowo ,,wy”.

dzień dwudziesty ósmy

O nie, przyszedł mail w sprawie jutrzejszych zajęć, zamiast na 9:00 to na 8:30, a w niedzielę na 8:15. To na pewno nie są godziny dla ludzi, a na dodatek wieść, że to nie grasująca po podwórku czarna kotka znalazła nowy dom w wiejskim obejściu rolnika przywożącego raz w tygodniu kurze jajka i sery. A tak się wczoraj z tego ucieszyłem, bo wychodząc do pracy codziennie ją widziałem, jak utykając rozpaczliwie podbiega do ludzi i miaucząc prosi, aby ją zabrać do domu. Mam już jedną kotkę Florkę, znalezioną jako maleństwo w okolicach agencji towarzyskiej, której niestety albo na szczęście nigdy nie byłem klientem ;) Nie daje mi spokoju ta kotka, widać, że wygrzebała się z jakiejś choroby, a ja nie mam czasu zabrać jej do weterynarza, żeby zbadać, zaszczepić, i wtedy ewentualnie przygarnąć, nie narażając Florki na zarażenie się chorobą. Nie wiem też, jak reagują na siebie takie koty, z których jeden jest domowy, a drugi podwórkowy. Nie daje mi spokoju ta podwórkowa kotka...

czwartek, 4 października 2007

sceny z życia Biura Promocji Głupoty

Nad firmą ciąży klątwa rzucona swego czasu przez prezesa firmy, której pracownicy trzymając się za ręce, majestatycznie suną w przestworzach. Przyczyna klątwy był opór przedstawiciela W. przed zamieszczeniem reklamy na łamach miesięcznika z najlepszą na świecie rada programową. Wejścia do siedziby W. strzeże zezowaty kot wielkości małej krowy, łakomie łypiący okiem na każdego intruza. Kot umaszczony jest na podobieństwo zebry. Prokurent firmy W., faktycznie zarządzający firmą, w najmniejszym stopniu nie przypomina człowieka. Bo też człowiekiem nie jest. Powstał w tajnych laboratoriach firmy jako uboczny produkt doświadczeń z niskimi temperaturami. W wyniku niegroźnej awarii systemu kriogenicznego, technicy usuwający awarię znaleźli w komorze niskich ciśnień dwumetrowej wysokości stworzenie, które jeśli coś przypominało, to gigantyczną modliszkę. Zarząd firmy na pospiesznie zwołanym nadzwyczajnym zebraniu jednogłośnie zaakceptował wniosek prezesa o powierzeniu modliszce stanowiska prokurenta obdarzonego wszelkimi pełnomocnictwami. Jedną z pierwszych decyzji modliszki było otwarcie na terenie Polski przedstawicielstwa firmy, właśnie w Józefowie pod Warszawa. Wchodząca na nowy rynek firma od razu została zaatakowana przez watahy reklamobiorców. Jednym z nich była firma majestatycznie sunąca po niebie. Modliszka korzystając z podszeptów zezowatego kota popędziła większość z nich precz. Prezes jednej z popędzonych rzucił więc na W. klątwę. Kazał rozstawić wokół siedziby pułapki na szkodniki. Modliszka wymyśliła więc pokaz mody odzieży roboczej dla branży PC. Wojtek zachorował a Beza nie złożyła wniosku o nip. Za karę nie dostała zaproszenia na bankiet. Mateusz za karę dostał. Nie zostały uwzględnione jego marzenia o lodach. Napisał więc dla Żanety maila i zanurkował pod biurko Olgi. Ale to było wcześniej. Teraz wylądowali pod siedzibą firmy. Zezowaty kot zawarczał groźnie. Wszyscy, z wyjątkiem prezesa, wpadli w pułapki na szkodniki. Odgryźli sobie po dolnej kończynie i w ten sposób się uwolnili. Nie zważając na pomruki kota pokuśtykali na pokaz. Na wybiegu nie było dosłownie nic. Jeszcze nic. Zza kulis co i rusz wyglądała głowa Wiesława Wędliniarza ustrojona wieńcem rzymskich cezarów. Z głośników popłynął ,,The Wonderfull World” Louisa Armstronga. Na wybiegu pojawił się Wędliniarz w białym fartuchu stylizowanym na togę rzymskiego senatora. Oczywiście w wieńcu na głowie. Z gracją poruszał biodrami stawiając stopy energicznie podnoszonych nóg w jednej linii. Drugim modelem był J. Prezentował bokserki sięgające połowy łydki z wycięciem na nagie pośladki. Zielone bokserki w białe świnki. Kasy nie było. Mateusz otworzył sobie żyły i upuścił całą krew. Wyzionął ducha z uśmiechem na ustach. Reszta firmy powlokła się na zatracenie. Rozległo się ,,Tango Milonga”. Na niebie ukazała się tęcza, na wierzchołku której rozbłysło oko oprawione w trójkąt. Ziemia zaczęła płonąć. Gniew Pana był straszny. Ocalał tylko zezowaty kot i dolne kończyny bohaterów uwięzione w pułapkach. Dały początek nowemu życiu na dymiącej planecie. Zastępy aniołów odśpiewały ,,La pensiera” z ,,Nabucco” Verdiego. W ten właśnie sposób zakończyła się historia, która chciałem Wam opowiedzieć. Potem nie było już nic. Tylko odgryzione nogi i zezowaty kot. Każda historia musi mieć swój koniec. Happy end nie zdarza się zbyt często. Moja historia nie byłą więc żadnym wyjątkiem. Adieu!

Opowieści ściśle prywatne

Odkąd nadaliśmy ulicom nazwy i domom numery, zbędną stała się umiejętność poruszania po korytarzach labiryntów. Odkąd potrafimy powielać w większych ilościach zapisane karty ksiąg, zbędną stała się pamięć niezbędna do ich wiernego zapamiętania i nie trzeba już wznosić budowli to ułatwiających. Dlatego tak bardzo boimy się zabłądzić w gęstym lesie. Nie potrafimy wśród drzew zobaczyć ścieżek wydeptanych przez echo i śpiew ptaków. Potrafią to leśne zwierzęta i dlatego bez trudu odnajdują drogę do swoich nor i gniazd. A my nie potrafimy już nawet zabłądzić na oświetlonych ulicach wielkich miast, chodząc zawsze utartymi ścieżkami, co wydatnie zmniejsza stopień ryzyka. Błądzą jedynie od czasu do czasu starzy ludzie, którym gorycz i samotność pomieszały w głowach, niosąc ulgę zapomnieniem. Tylko pamięć sprawia, że jeszcze jesteśmy. Czytajmy więc uważnie napisy na grobach i pomnikach, bo nie są trudne do zapamiętania.

Coraz częściej czuję, że spisywana opowieść rozluźnia swój uścisk i powoli wydobywam się z morza słów na powierzchnię. Nie jest to żaden powód do radości. Wręcz przeciwnie. Czasami też wydaje mi się, że potrafię zrozumieć jak mogła czuć się starsza siostra równie pięknej Dinazad, prując przez tysiąc i jedną noc jagnięcą przędzę utkanego z baśni dywanu, co miało uchronić ją przed okrucieństwem Szachrijara. Ciekawe co czuła, gdy zdała sobie sprawę, że właśnie doszła do ostatnich słów i nie jest w stanie nic więcej opowiedzieć. Co mogło się wydarzyć w tysiąc i drugą noc, jakże z oczywistych względów inną od tych poprzednich? Czy przypadkiem małżonków nie oplotła pajęczyna nieruchomej ciszy, kiedy daremnie nasłuchiwali echa słów układających się jeszcze tak niedawno w zadziwiające opowieści? Czy zdawali sobie sprawę z tego, że gdyby nie zdobiące ściany i posadzki komnat gęsto tkane kobierce, w splotach których opowieści te na zawsze utkwiły, mogliby do końca swoich dni cieszyć się ich echem? Mogli jeszcze przecież sprowadzić z dalekiej Jawy mistrzów teatrzyków cieni i rozkazać im co wieczór kierować światło lamp oliwnych na wycięte z papieru figurki Aladyna czy Sindbada Żeglarza. A może zamiast baśni Szeherezada zaczęła opowiadać wszystko to, co się dopiero miało wydarzyć?

To bardzo źle, że nie ma śladów naszych dłoni w kształcie stawianych na papierze liter i znaków. Jakbyśmy chcieli na zawsze ukryć się za ich niemą formą. Nie jestem tego do końca pewien, ale przypuszczam, że staranna kaligrafia jest w stanie wyciszyć niechciane emocje, nadające często słowom niezbyt potrzebnych znaczeń i odcieni. To właśnie emocje potrafią sprawić, że zapisane słowa zamiast znaczyć sobie tylko przypisany sens, zaczynają się szamotać w mglistych oparach wieloznaczności.

Bardzo bym chciał, aby litery mojej opowieści zostały wycięte na czarnym zwoju materiału i żeby powstałe z nich słowa i zdania odczytywać w całkowitych ciemnościach, trzymając z drugiej strony płótna zapaloną świecę. Co prawda nie byłoby to jak czytanie w dzieciństwie pod kołdrą książek przy świetle latarki, co miało niepojęty już dzisiaj smak tajemnicy. Nie mogę zrozumieć, dlaczego w dzisiejszych kinach nie ogląda się filmów w zupełnych ciemnościach. Może chodzi w tym wszystkim o to, że w imię nie wiadomo czego nie pozwala się nam pozostawać ze sobą sam na sam, a może dlatego, że przyszło nam żyć w świecie, w którym od dawna noc skojarzono ze snem i zapomnieniem, widząc w ciemnościach jedynie brak światła.

Wiem za to na pewno jedno, że lada dzień słowa zaczną omijać mnie dalekim łukiem. Wiem to dobrze. Ale też głęboko wierzę, że na drugiej strony ulicy będę mógł ruszyć za nimi na bezkrwawe łowy. Bo czyż może być coś piękniejszego od chwytania pojedynczych słów i układania je potem na przemian rząd po rzędzie aż do momentu, kiedy ściany naszych nowych domów sięgać będą nieba albo jeszcze wyżej? Istnieją oczywiście różne metody polowań, zależnych od upodobań myśliwego, ale sądzę, że nic pod względem dostarczanych emocji nie może się równać polowaniom z sokołem, pod warunkiem jednak, że nie jest to pierwszy lepszy okaz. Wiem, że tam gdzie niedługo będę, nadejdzie taka noc, pod osłoną której usiądę na krawędzi urwiska nad wielką wodą z sokołem siedzącym mi na odzianej w skórzana rękawicę dłoni i będę wpatrywać się w miejsce, gdzie woda łączy się z niebem. Będę czekał na najmniejsze oznaki niepokoju u ptaka, bo kiedy nerwowo się poruszy, zerwę mu z głowy kaptur, aby był gotowy, kiedy tylko moja zdobycz wynurzy się zza linii horyzontu. Potem już wszystko zależeć będzie od sokoła, który jak już wspomniałem, nie będzie pierwszym lepszym ptakiem. Przodkowie jego właścicieli od niepamiętnych czasów chwytali je w rozpięte pomiędzy wszystkie strony świata sieci i krzyżowali ze sobą co bardziej okazałe egzemplarze, jakby wiedzieli, że nadejdzie kiedyś chwila, w której ptak nie będzie mógł zawieść. Rodzicami mojego sokoła będą dorodni przedstawiciele tego gatunku wywodzący się z rodów Ferrus i Peregrinus. Przekażą mu w genach wszystko co mieli najlepszego, a więc szybki i bezszelestny lot połączony z dziką wolą walki. Chwila, o której mówię, nastąpi dokładnie w momencie zachodu księżyca, kiedy to wszystkie planety naszego układu znajdą się wobec siebie w prostej linii, wyznaczonej przez wyobrażony lot wystrzelonej w dalekie przestworza strzały. Ta jedyna w swoim rodzaju chwila będzie trwała tak krótko, że nawet nie sposób jest sobie jej wyobrazić, tak jak nie sposób wyobrazić sobie nieskończoności. Bo czyż można wyobrazić sobie tu na ziemi chwilę, w której nie będzie już miejsca na cokolwiek? Nie mogę jej przegapić i jestem pełen nadziei, że wszystko pójdzie dobrze. Odkąd pamiętam zawsze tuż przed nadejściem świtu budziłem się i wyobrażałem ją sobie. Od zawsze wiedziałem, że nie może mi wtedy zadrżeć ręka. Jeśli wszystko się uda, będzie to jakbym zdołał upolować świt i już nigdy światło nie rozproszy skupienia, niezbędnego przecież do ogarnięcia danym nam przez ciemności rozumem początku i końca wszystkiego. Oczywiście, że w tym przypadku świt jest jedynie rodzajem metafory, no bo jakże inaczej nazwać te jedno jedyne słowo, od którego to wszystko się zaczęło?

Prawdopodobnie po drugiej stronie ulicy, tej z parzystymi numerami, można zobaczyć i nawet dotknąć niektórych bogów, którzy jak podejrzewam rodzą się i umierają na niebiesko, w przeciwieństwie do szarych barw naszej rozpaczy. Taki kolor doskonale zlewa się z tłem i nie widać wtedy wyraźnie kształtów biedy i cierpienia. Bardzo jestem niektórych bogów ciekaw, szczególnie tych, co potrafią ledwo dostrzegalnym ruchem ręki zsyłać deszcze, a i zdarza się, że całe roje komet. Wiele osób głęboko wierzy, że nigdy nie umierają i niczego się nie boją. W półlegalnie kolportowanych przewodnikach można poczytać jak tam naprawdę jest, choć poszczególne wydania potrafią zasadniczo się różnić, jeśli chodzi o szczegóły. Nie ma na przykład pewności co do deszczów, które podobno nigdy tam nie padają. Co do jednego panuje całkowita zgoda. Chodzi o jedną z największych atrakcji, jaką jest podróż na drugą, tę wiecznie ciemną stronę księżyca. Ci, którzy tam byli, opowiadają o szybujących po niebie stiukowych albatrosach i mosiężnych likaonach z wiernie odlanym skowytem, uważnie nasłuchujących pulsującego światła gwiazd.

dzień dwudziesty siódmy

Koszmar, jesienne deszcze i sine chmury, które jeszcze przecież nie nadeszły, a już sieją zamęt, popłoch i deprechę w głowie, przyginając od czasu do czasu kark do samej ziemi. Chwilami nie chce się nic, potem to mija i można wykrzesać z siebie na krótko resztki energii niezbędnej do przetrwania. Zamiast szykować się jak Bóg przykazał do zimowego snu, musimy mierzyć się z tym ponurym obliczem jesieni, które potrafi tylu ludzi wysłać na łono Abrahama. Inna sprawa, że gdybym stanął przed wyborem, to wolę taka jesień od tych piekielnych upałów latem, zwanych przez co głupszych zapowiadaczy pogody z telewizji słonecznymi i radosnymi dniami.
Niezły numer byłby, gdyby ekipa filmowa, którą będę się opiekował podczas kręcenia ujęć przed budynkiem mojej firmy i z dachu, w rzeczywistości okazała się grupą speców od skoki na banki :)

środa, 3 października 2007

Sceny z życia Biura Promocji Głupoty

Miejsce akcji: sala konferencja

Osoby: z poprzednich scen

Scena V

Wszystkim z przerażenia włosy zjeżyły się pionowo. Wszystkim, oprócz Bartka, który zajęty w toalecie masturbacją nie zauważył co się w ogóle stało.

Prezes: Nie wypadliśmy przecież sroce spod ogona. Nie jesteśmy żadną tam hetką-pętelką bez nipu. Żadnych pieniędzy. Niech dadzą reklamę. Powtórzcie.

Wszyscy chórem: Żadnych pieniędzy! Niech dadzą reklamę! La donna mobile! Siedemnaście mgnień wiosny! Keine grenzen!

Mateusz (contr tenorem): O sole mio!

Bartek: Ale jaka jest teza?

Doris: Kto ma nip, ten nie ma dostępu do bip!

Elwira: Gdzie jest stojak? Przed chwilą tu był! Ja chcę na stojak!

Olga: A czyj mózg leży tam na parapecie?

Agnieszka: Chyba nie tej wściekłej krowy z okładki?

Prezes: A dlaczego nie? Co w tym dziwnego?

Agnieszka: Panie prezesie, przecież tego nie kazał nam pan powtarzać!

Bartek: Ja myślę panie prezesie, że najlepiej byłoby powtórzyć to w weekend.

Mateusz: Co powtórzyć? Co powtórzyć? Jak chcesz się tak bardzo bawić narządem, to zadzwoń do Ireny!

Bartek: Przecież wy jesteście na targach! A ja nie mogę być hostessem! One się chyba często kąpią!

Elwira: No nie! Ja muszę dzwonić do biskupa.

Prezes: Żadnych pieniędzy pani Elwiro. Niech biskup zadzwoni do nas, jak taki mądry.

Elwira: A po co? Przecież konferencja jest odwołana, a tekst o muchach daliśmy na targi.

Prezes: Pytajcie Mateusza.

Olga: Mogę pana, panie Mateuszu o coś zapytać?

Mateusz: Nie bardzo.

Olga: Jednak nalegam!

Mateusz: Skoro pani musi, to proszę.

Olga: O co mam pana zapytać?

Doris: Olga, nie męcz pana Mateusza. I tak na razie nie mamy nipu. Przecież pan Mateusz nie wykupi za ciebie prenumeraty! Zapytaj lepiej o wysyłkę!

Żaneta: Przecież to proste. Musimy uważać na rozkwit polskiego laboratornictwa.

Prezes: Ustalcie to między sobą.

Budynek firmy zaczyna drżeć w posadach. Słychać odgłosy burzy i kwik zarzynanego zwierzęcia. Słychać też skrzypce, na których ktoś wygrywa pierwsze ,,Capriccio” Paganiniego. Wicher zrywa dach z budynku i porywa całą załogę, która trzymając się za ręce frunie po niebie w kierunku firmy Winterhalter, do Józefowa. Lecą na pokaz mody odzieży roboczej. Biedni nie wiedzą, że Janusz Śmietana rozstawił tam gęsto najrozmaitsze pułapki na szkodniki. Wszyscy, z wyjątkiem prezesa, w nie wpadną. Co to będzie? Co to będzie? A jeszcze Janusz Ś. rozwiesił lampy owadobójcze. Rany boskie!

Elwira (śpiewa): Ula paloma blanca!

Mateusz: Dlaczego?

Zaczyna recytować w oryginale ,,Elegie duinejskie” Rilkego. Podniebny korowód zbliża się majestatycznie do Józefowa.

Opowieści ściśle prywatne

Nikt nie wie, dlaczego prędzej czy później musi wydarzyć się coś, o czym koniecznie trzeba opowiedzieć. To zwykle przychodzi nagle i niespodziewane, z pozoru w najmniej ku temu odpowiednim momencie. Kiedy już przyjdzie, to znaczy, że czas oglądania się za siebie nadszedł i nic na to nie można poradzić. Tak było i w tym przypadku, kiedy bez śladu najmniejszych wątpliwości wiedziałem, że nie pozostaje nic innego, jak tylko te historie opowiedzieć. I wcale nie dlatego, że były wyjątkowe czy szczególnie zajmujące. To nie miało żadnego znaczenia. Czasami też jest i tak, że wszystko, co dzieje się teraz, ma swój początek w zupełnie innych, pozornie niemających ze sobą żadnego związku okolicznościach z bliższej lub dalszej przeszłości. Kiedy na przykład śmiech i rozpacz zmagają się ze sobą, a my do końca nie wiemy, na czyją szalę przechyli się zwycięstwo. Taka właśnie jest jedna z tych historii.

Zdarzyła się krótko po pożegnaniu wczesnego dzieciństwa. O tym, co się wtedy kończyło, dowiedziałem się oczywiście wiele lat później. W domu, w którym zamieszkaliśmy, zamieszkało też małżeństwo, na oko trzydziestopięcioletnie. Nie sądzę, aby zbieżność ich ówczesnego wieku z ilością lat, które upłynęły od opisywanych wypadków, miała jakiekolwiek znaczenie. Choć z drugiej strony, któż to może wiedzieć na pewno? Oboje byli w jakiś sposób do siebie podobni, tak jak tylko podobni mogą być kochający się ludzie. Mężczyzna miał smagłą cerę i czarne, kręcone włosy. Był przystojny w dobrym tego słowa znaczeniu. Codziennie późnym popołudniem widzieliśmy, jak powoli i w pewnym sensie dostojnie wracał z pracy. Jego żona też miała czarne, krótko ostrzyżone włosy, choć w przeciwieństwie do męża, nie był to ich naturalny kolor. Świadczyła o tym blada cera, maskowana mocnym makijażem, przywodzącym na myśl smutek bijący z twarzy cyrkowych klownów. Była zawsze zamyślona i nosiła czarno-czerwone ubrania. Ją również określić można było mianem przystojnej, choć w przypadku kobiet określenie to sugeruje typ posągowej, jakby zaklętej w kamieniu urody. Nawet jaskrawo czerwona szminka na ustach wydawała się być na swoim miejscu. Jej uroda przywodzi mi dziś na myśl twarz Salome z rysunków Aubreya Beardsleya. Ich reprodukcje wisiały na ścianach mieszkania Alessandry w Brukseli. Mama Alessandry była Włoszką i ojciec małego Adriano również. Alessandra często zakładała podwiązki i wyglądała na kobietę łatwo ulegającą obietnicom niesionym przez pierwsze oznaki miłosnego szaleństwa. Kiedy opuszczaliśmy Brukselę bardzo płakała i prosiła, aby Tetka jeszcze nie wyjeżdżała. Po kilku latach Alessandra napisała, że z mężem swojej najlepszej przyjaciółki ma dziecko i jest bardzo szczęśliwa. Tą przyjaciółką była Pascale, ta sama, w której pracowni powstał portret Rafaela ze skrzydłami anioła. Nigdy nie widziałem uśmiechu na twarzy kobiety, która tak kojarzy mi się z wyrazem twarzy pasierbicy Heroda Antypasa, pojmującej właśnie sens zimnego spojrzenia Jana Chrzciciela. Była zawsze zamyślona i zawsze bez wyjątku nosiła ubrania w czarno czerwone barwy.

Wracając do przerwanego wątku to pamiętam dokładnie, że było wtedy letnie, leniwie zmierzchające popołudnie. Siedzieliśmy na murku osłaniającym zejście do wózkowni i czegoś się śmieliśmy. Nie pamiętam z czego. Minął nas wracający jak zwykle z pracy mężczyzna, o którym opowiadam. Słysząc nasz śmiech nagle zawrócił, jakby uznał, że w jakiś sposób go dotyczy. Zauważyliśmy, że jest trochę pijany, ale tylko trochę. W jego głosie słychać było smutny gniew i rozcieńczoną alkoholem irytację. Zaczął, że nie mamy pojęcia z czego się śmiejemy i gdy będziemy dorośli, może zrozumiemy, że są na tym świecie rzeczy, z których śmiać się nie można. Nie będzie nam tak do śmiechu, kontynuował, kiedy nasze przyszłe żony przestaną wracać na noc i dowiemy się o ich zdradach. My naprawdę nie śmieliśmy się z niego, chociażby z tego prostego powodu, że nic o nim i jego żonie nie wiedzieliśmy. Podobnie jak nasi rodzice. Wreszcie zostawił nas w spokoju, kontynuując powolny, naznaczony stygmatem jakiegoś dostojeństwa powrót do domu.

Następnego dnia podwórko przeszyła wiadomość, że mężczyzna powiesił się w piwnicy. Nie rozumiejąc wszystkiego do końca, poczuliśmy mroźny powiew tragedii. Jego żona stała się jeszcze bardziej niż zwykle zamyślona i nieobecna. Oczy na jej prawie teraz białej twarzy były podkrążone tak bardzo, że nie mogła nawet tego przykryć gruba warstwa makijażu. Dorośli komentując te wydarzenie opowiadali, że pracowała w nocnej restauracji jakiegoś hotelu. Według nich, czego nigdy nie powiedzieli wprost, gdzieś tam czaił się powód tego wszystkiego. Dla nich w ogóle wszystko w całym tym wydarzeniu było jasne i oczywiste. Mimo tych wszystkich plotek czuliśmy do kobiety, jak i do jej nieżyjącego męża, coś w rodzaju podszytego lękiem szacunku. Właściwie to powinienem mówić za siebie, ponieważ nigdy potem o tym nie rozmawialiśmy. Jeden z naszej śmiejącej się wtedy trójki zginął jakiś czas później na paryskiej ulicy pod kołami samochodu. Drugiemu urodził się niewidomy syn. Czasami myślę, że to wszystko ma ze sobą jakiś diabelskiej natury związek. Nie wierzcie tym co mówią, że diabła nie ma. Oni po prostu kłamią. Zanim wyjaśnię, o co tak naprawdę mi chodzi, opowiem inną historię. Historię Jureczka.

Kiedy go poznałem, był grzecznym cherubinkiem z jasnymi włosami. Miał kochających rodziców, a przynajmniej nam się tak wydawało. O jego dobrym wychowaniu niech świadczy chociażby fakt, że nikt nie słyszał, aby kiedykolwiek zaklął. Po skończonej podstawówce poszedł do kolejowego technikum. Kiedy usłyszeliśmy, że w pobliskim lasku widziano pijanego Jureczka w czasie, kiedy powinien przyswajać sobie wiedzę o pociągach i semaforach, nie mogliśmy w to uwierzyć. Kładliśmy to na karb pomyłki lub wręcz zmyślenia. Nikt też początkowo nie wierzył, że ojca Jureczka widziano, jak obnażał się przed spacerującymi w okolicach lasku kobietami. Takich wieści było jednak coraz więcej i nie można było bezkarnie traktować ich dłużej jako czczych wymysłów. Z mieszkania Jureczka zaczęły też dobiegać nieporadne początkowo dźwięki gitary. Któregoś dnia dowiedzieliśmy się, że porzucił szkołę. Jakiś czas potem zniknął, a zaraz potem jego matka. Po kilku miesiącach wrócił zmieniony nie do poznania. Jego blond włosy były teraz czarne. Twarz i ręce pokrywały dziwne blizny, spod których wyzierały nieudolnie zrobione tatuaże o prostych, nieskomplikowanych wzorach. Kiedy go spytałem co się stało, powiedział, że wędrował po kraju z cygański taborem i dostał tam nowe imię Lado. Powiedział też, że Cyganie nauczyli go grać na gitarze i nie jest już dla nich gadżo. Wieczorami z mieszkania Jureczka zaczęły dochodzić tęskne ballady śpiewane przy dźwiękach gitary. Jego matka nigdy już nie wróciła i obaj z ojcem zaczęli urządzać pijackie libacje. Pewnego wieczoru Jureczek podciął sobie brzytwą gardło. Widziałem, jak sanitariusze znosili go zalanego krwią. Po wyjściu ze szpitala nie chodził jak przedtem. Powłóczył nogami jak stary, zniedołężniały człowiek. Ojciec Jureczka zachorował i amputowano mu nogę. Kiedy nauczył się używać protezy, znowu zaczął pojawiać się na skraju lasu. Kiedy Jureczek nagle umarł, jego ojcu ucięto drugą nogę. Z tego co wiem, odwiedza go ktoś z opieki społecznej. Jeśli więc gdzieś słyszę, że wiara w diabła jest tylko prymitywnym zabobonem, zawsze przychodzi mi na myśl Jureczek. Nikt mi nie jest w stanie wmówić, że bez diabelskiej interwencji cała ta historia mogła wydarzyć się naprawdę.

Te historie opowiadam z różnych powodów. O jednym wspomniałem lub jeśli nie, to na pewno wspomnę. Przyczyny wypadków będących naszym udziałem lata świetlne później zawsze są niejasne. W pewnym momencie zrozumiałem, że właśnie po to, abym mógł pewne historie, mające niewyjaśniony do końca wpływ na teraźniejszość opowiedzieć, musiało stać się to, co się stało. Gdyby wydarzenia potoczyły się inaczej, może nie mógłbym tych historii nikomu opowiedzieć i przekonać się, że nic nie dzieje się bez przyczyny, choćby tkwiła ona w zamierzchłej i wydawałoby się raz na zawsze zapomnianej przeszłości. Opowiadam je również po to, aby na własnej skórze przekonać się o potędze wspomnień i dowiedzieć się, że kiedy przychodzi na to czas, można ich użyć do zasłaniania luster, odbijających niezbyt wyraźnie złe, powodujące skurcz serca i bezsenność chwile. Dopiero teraz wiem, że kiedy minie pierwszy strach i lęk, należy powoli obejrzeć się za siebie i poszukać tych wszystkich chwil, które koniecznie trzeba komuś opowiedzieć.

dzień dwudziesty szósty

Sympatyczny dzień dzisiaj, bo i w pracy pewne sprawy powyjaśniane, i kilka miłych maili od Patti, i spotkanie z kapitanem Paszke w lanserskiej knajpce, gdzie różne osoby i osóbki publiczne się pokazują nader chętnie, i książka autorstwa kapitana ,,Ptaki oceanów" z osobistą dedykacją, i pytanie o wydawnicze losy ,,Opowieści ściśle prywatnych", których fragmenty regularnie na blogu zamieszczam. Pierwsza, surowa jeszcze wersja ,,Opowieści...", popłynęła dwa lata temu z kapitanem w rejs dookoła świata bez zawijania do portu, przerwany złamaniem masztu gdzieś na Oceanie Indyjskim. W drodze powrotnej do Marsylii, po naprawie masztu w porcie, co wykluczyło jacht z dalszej próby bicia rekordu świata, kapitan ,,Opowieści ..." przeczytał i co więcej spodobały mu się, a czytelnikiem jest z gatunku tych wymagających :)


wtorek, 2 października 2007

sceny z życia Biura Promocji Głupoty

Miejsce akcji: biurowe pomieszczenia BPG

Osoby: jak wyżej

Scena IV

Prezes: Posłuchajcie, to niesamowite. Co to mogło być?

Elwira: A o co w ogóle chodzi?

Doris: Panie Tadeuszu, pytałam przed zebraniem pana Mateusza o zwrot.

Prezes: Jaki zwrot?

Doris: Zwrot wysyłki prenumeraty. Chodzi o to, że koperta wróciła z adnotacją o śmierci adresata. I pytałam pana Mateusza, czy rodzinie nieboszczyka wysyłać fakturę pro forma.

Prezes: Nie pytać pani Doris, tylko wysyłać! Dopóki jeszcze rodzina ma pieniądze na pogrzeb. Potem może być za późno.

Żaneta: No właśnie szefie!

Mateusz: Najważniejsze, żebyście nie zostały spaskudzone. Tak jak pani Dorota.

Dorota: Ale ja, panie Mateuszu, nie czuje się spaskudzona!

Mateusz: To tylko się pani tak wydaje.

Bartek: Powiedzcie o co chodzi, bo zaraz będzie dzwonić Irena.

Agnieszka: A co z nip?

Prezes: Jakim nip?

Agnieszka: Prosiłam Olgę, żeby podała nam swój nip.

Prezes: A po co?

Olga: Bo ja panie prezesie nie chcę dłużej mieć regonu. Elwira mówiła, że ona już ma nip europejski i ja też chcę taki mieć.

Mateusz: Uważajcie dziewczęta, żebyście potem nie musiały spędzać.

Żaneta: Czy chodzi o kaeres? Jeśli tak, to ja mogę z pensji zapłacić za reklamę na rozkładówce. Opłaca się. Przecież ja mam procent od sprzedanych reklam. Prawda dziewczyny?

Elwira: A możemy panie Tadeuszu wszystko powtórzyć, żebyśmy miały pewność, że wszystko dobrze zrozumiałyśmy?

Prezes: Lepiej, żeby każdy zajął się swoimi sprawami.

Mateusz: Ale będziecie pamiętać o spędzaniu? Spaskudzić się jest łatwo, tylko potem jest gorzej.

Renata: Co się działo na zebraniu?

Prezes: Właśnie, dobre pytanie. Mateuszu, co to było?

Mateusz: Prawdopodobnie Berdowski straszy. Albo Chabowski.

Żaneta: Ojej! Nie mówcie tak proszę! Nie będę mogła zasnąć.

Prezes: Przecież ich nie ma w radzie programowej!

Mateusz: Właśnie dlatego.

Z radia obok biurka Żanety zaczyna coraz głośniej pobrzmiewać muzyka. To ostatnie takty ,,Ody do radości” z IX symfonii Beethovena. Płynnie przechodzi w klasycznego kankana z czasów Toulouse-Lautreca. Na środku pokoju ni stąd, ni zowąd pojawia się tańcząca Jane Avril. Dziewczyny z piskiem dołączają do niej, by po chwili perfekcyjnie, niby zespół z Moulin Rouge, odtańczyć szalonego kankana. Bartek znika w łazience w wiadomym celu. Mateusz ledwo powstrzymuje się przed pójściem w jego ślady. Prezes na biurku Żanety nieśmiało próbuje wyrzucać nogi w górę. Nagi facet w oknie z bloku naprzeciwko firmy rozpłaszcza twarz na szybie, żeby niczego z tego, co dzieje się w firmie nie uronić. Mateusz gdzieś znika. Korowód tańczących dziewcząt prowadzonych przez Elwirę robi węża i tańcząc przenosi się do pierwszego pomieszczenia. Czoło węża zatrzymuje się przy oknie.

Elwira: Zobaczcie! Pan Mateusz gania gołębie. O! Złapał jednego i schował pod kurtkę. Wraca do nas! Pomachajmy mu!

Do pomieszczenia wraca, trzymając się za brzuch, zgięty wpół Mateusz. Cały w pierzu i kawałkach niedokładnie ogryzionych kości. Ptasich kości. Z okrwawionych ust wystaje mu szare pierze i gołębia łapa. Dopada do drzwi toalety. Szarpie je. Niestety są zamknięte. Z toalety wydobywa się przeraźliwe wycie. Prezes wyrywa wtyczkę od radia z kontaktu. Dziewczyny z piskiem zbiegają na dół po schodach. Dołącza do nich przerażona równie jak one Beza. Gubi szpilki na bardzo wysokich obcasach.

Prezes: Nip! Nip! Nie zapomnijcie o nipach!

Opowieści ściśle prywatne

Ale na razie łapaliśmy żaby, na których przeprowadzaliśmy najrozmaitsze eksperymenty, z nadmuchiwaniem nieszczęsnych stworzeń przez słomkę włącznie. Worki na szkolne kapcie po miesiącach praktyki stawały się groźną bronią, w myśl zasady, że ćwiczenie czyni mistrza. Nieustannie doskonalone proce stawały się skuteczniejsze i miotały kamienie na coraz większą odległość. Podczas jakiejś walki z sąsiednią ulicą, niczym biblijny Dawid trafiłem Goliata z Rajgrodzkiej, czyli Bombę. Jak w Starym Testamencie, z tą tylko różnicą, że Bomba nie zginął, a ja nie zostałem królem. Już sam widok Bomby, dużo od nas starszego, gęsto obrośniętego na rudo osobnika o wyglądzie goryla, wzbudzał do końca uzasadnione przerażenie. Kamień wystrzelony z procy w pewnym momencie, zbliżając się do głowy Bomby, zaczął poruszać się w zwolnionym tempie. Kiedy dotarł do celu - a trwało to, jak mi się wtedy wydawało, całą wieczność – z paszczy Bomby trysnęła krew. Zakrwawiony Bomba zaryczał straszliwie i nie zważając na grad kamieni rzucił się na nas, ale nas już nie było. Nawet nie chcę myśleć co by się stało, gdyby późniejsze śledztwo prowadzone przez Bombę przyniosło efekty. Podejrzewam, że na widok swojego pogromcy Bombie, jak by to określił mój ojciec, zbielałyby ślepia. Choć gwoli ścisłości należy dodać, że zabarwianie się ślepi na biało, według ojca, występowało w zupełnie innych okolicznościach. Związane było raczej z uczuciem zawiści.

Ojciec w momentach zdenerwowania, których najczęściej byłem bezpośrednią i uzasadnioną przyczyną, miał stały zestaw określeń mojej osoby. Kolos na glinianych nogach, Cyrkowiec ze spalonego teatru, czy w lapidarnej formie Pajac. W przypływie dobrego humoru, a to ze względu na chorobę wrzodową nie zdarzało się zbyt często, zwracał się do mnie per Chłopak. Każdą wolną chwilę poświęcał słuchaniu Wolnej Europy, zgłębianiu tajników narzecza Germanów i czytaniu. Poza gazetami były to tygrysy, nazywane tak od serii wydawniczej z łbem zwierzęcia na okładce wojenne opowieści, oraz miesięcznik geograficzny ,,Poznaj Świat”. Ponadto umiał pisać gotykiem i dla całej rodziny oraz znajomych był niekwestionowanym autorytetem w sprawach polityki. Powinienem też dodać, że jeśli chodzi o język Goethego, ojciec dążył do doskonałości, zapisując drobnym maczkiem świeżo poznane słówka i zwroty w niezliczonej ilości notesach, zeszytach i w razie potrzeby na marginesach stron gazet. Jestem pewien, że zapiski objętościowo przekroczyły w pewnym momencie Biblię, bowiem nigdy tej czynności właściwie nie przerwał.

Telewizor został przez ojca uznany za narzędzie komunistycznej propagandy i nie mogło być mowy o jego zakupie. W sobotnie wieczory rodzice zabierali mnie do kina, a letnie niedziele spędzaliśmy nad Wisłą, która wtedy była jeszcze czysta. Kiedy zaczęła się szkoła, w której dzięki opanowanej wcześniej sztuce czytania nudziłem się jak mops, już jako wyżej wspomniany Kolos, Cyrkowiec czy Pajac, z regularnością niemal szwajcarskiego zegarka poddawany byłem czemuś w rodzaju chłosty. Egzekucję przy pomocy skórzanego paska, którym ojciec wymierzał karę na gołe pośladki, musiałem znosić w milczeniu, jak prawdziwy mężczyzna. Jeden nieopatrzny jęk a ilość razów była właśnie o tyle zwiększana. Szlochać mogłem dopiero po zakończeniu kaźni. Już dawno nie mam o to do ojca żalu. Ciągle musiał wysłuchiwać od nauczycieli lub sąsiadów skarg na mnie. W szkole i w promieniu kilkuset metrów od domu nie było od pewnego czasu afery, której nie byłbym jeśli nie głównym bohaterem, to przynajmniej znaczącym uczestnikiem. W pewnym momencie stracił kontrolę zarówno nad wysokością ferowanych wyroków, jak i ich przyczynami. Informacje płynące ze szkoły i z podwórka mogły w jego głowie wytworzyć mój obraz na podobieństwo apokaliptycznej bestii. Ojciec po prostu w sposób podświadomy poddawał mnie egzorcyzmom, pragnąc ratować moją duszę. Jasny ogląd sytuacji mącony był stopniami, które z wyjątkiem zachowania, były o dziwo celujące. Tego nikt już nie potrafił pojąć i ojciec nie był wyjątkiem. Takim wyjątkiem była tylko mama i po części zaprzyjaźniona z nią wychowawczyni z pierwszych dwu klas. Potem było już tylko gorzej. Przejaśniło się jeszcze na moment bodajże w piątej klasie, w której pojawiła się blond piękność ucząca polskiego. Myślę, że się zaprzyjaźniliśmy, skoro zapraszała mnie do domu i ze swoim facetem zabierała do teatru i kawiarni.

dzień dwudziesty piąty

Od soboty znowu będę studentem, co prawda zaocznym, podyplomowym i na szczęście tylko rocznym, ale zawsze. Podniecające w tym wszystkim jest to, że zdecydowałem się na coś nowego, o czym mam zaledwie mgliste pojęcie, co jest swego rodzaju nowym otwarciem. Obawiam się tylko stanu, w jakim więcej niż pewne będę w sobotę, po dwóch piątkowych imprezach. Lekko nie będzie, ale też nikt nigdy nikomu nie mówił, że lekko ma być. Najwyżej poniosą mnie rano na drzwiach, naprzeciw czołgom i tankom ;)
Dzięki temu blogowi poznałem Patti, nauczycielkę sztuk plastycznych z dalekiej Ameryki. Ależ to działa, te szybkie nawiązywanie sieciowych znajomości. Szast prast i człowiek nagle kogoś poznaje, z kim wymienia sympatyczne maile, czegoś się o kimś dowiaduje. Ileż to takich znajomości powstało poprzez moje forumowanie, z moją LISTĄ na czele, na pokładzie której znalazło się tylu arcyciekawych ludzi. LISTA, niczym nowa Arka Przymierza, przemierza od ponad dwóch lat wirtualne morza i oceany, w rytm uderzeń wioseł, poruszanych siłą umysłów Listonoszek i Listonoszy. Niektóre, jak Matya i Wieprzynia, są na jej pokładzie od początku, a z Wieprzynią na dodatek łączą nas w realu przyjacielskie więzy. Jest też grupa dziewcząt, która dołączyła niedługo potem, czyli Funghettino, Kalinka i Beemka, oraz wioślarzy mojej płci, czyli Brez i Abe. W pewnym momencie zniknęła jedna z moich ulubienic Audrey.h, zwana pieszczotliwie Odrejką, Sami pojawia się i znika, Inspi pognała na wyprawę życia zdobywać Himalaje, dołączyło kilka Dziewann z Immanuelą, Cordi i Słoneczkiem na czele w towarzystwie imć Drzejmsa Buonda, jest czasem Jana Kran, dołączyło też kilka Gasofniczek, czyli Anna Jot, Zielona, Olianka, Baba Wiejska, Dżessica, Info, Arim. Z krakowskiej Nudy dla zaawansowanych ostał się ino Tempe i bardzo sporadycznie Cola, jest jeszcze Maxi, jest Jelonek Rozczochrany, Biegająca Boso, jest Dzika Kózka i Raduch z AO, Po Prostu Ona, Briza co na pokładzie Arki odnalazła Breza, jest KBW, który z Korpusem Bezpieczeństwa Wewnętrznego nic nie miał i nie ma do czynienia, jest przesympatyczny Czajniczek płci pięknej, Buka, Nutopka, Miauka, Monalajza, Elucha, Diabliczka, Fammka Fatalna, Dziewice, Morfi, Jerominia, powróciła Lady, zniknęła gdzieś Maraiss, bywa czasem Jazzy, Mała Mi, Shachar, a że wymienić wszystkich nie sposób, to na pewno niezbyt chcący kogoś pominąłem :)

poniedziałek, 1 października 2007

sceny z życia Biura Promocji Głupoty

Miejsce akcji: firmowa sala konferencyjna

Osoby: prezes firmy, Agnieszka, Olga, redaktor Bartek, Mateusz

Scena III

Prezes: Panie Bartku, niech pan przestanie dłubać w nosie!

Olga: No właśnie panie prezesie, nie dość, że Bartek cuchnie, to jeszcze na dodatek robi takie obrzydliwe rzeczy. Ja nie mogę w takich warunkach jeść cukierków!

Agnieszka: Tak Bartku! To nie pierwszy raz.

Mateusz: To trzeba dać na okładkę do następnego numeru.

Prezes: Ale co masz na myśli?

Mateusz: To, co przed chwilą robił Bartek. A ponadto nie wiem, czy zauważyliście, że Bartek bez przerwy drugą ręką drażni sobie narządy. I to przy nas. Bartek! Wyjmij do cholery te rękę z kieszeni i skup się trochę.

Bartek: Teraz to już się czepiasz! To nie moja wina, że Irena cały czas obiecuje mi seks. A ja nie mogę tak często się kąpać, tym bardziej, że teściowa niedługo wyjedzie.

Prezes: Słuchajcie, skoncentrujmy się na priorytetach. Czy ty Mateuszu wiesz, co się tam na górze dzieje?

Mateusz: Ogólnie tak. Tylko nie wiem, czy chodzi ci o to, co się w tej chwili tam dzieje?

Prezes: Właśnie w tej chwili.

Mateusz: W tej chwili to nie wiem.

Prezes: A czy mógłbyś się dowiedzieć? Oczywiście nie teraz, tylko po zebraniu.

Mateusz: Oczywiście!

Prezes: To wróćmy do najważniejszych spraw. Mam pytanie do pani Agnieszki i do pani Olgi. Jak to się stało, że w ostatnią sobotę i niedzielę nie pracowaliśmy? Możecie mi to wytłumaczyć?

Agnieszka: Panie prezesie, to jest bardzo proste. Gdyby doktor Zwolak był wobec nas w porządku, na pewno przyszłybyśmy z Olgą w ten weekend do pracy. To nie nasza wina, że Wiesław Wędliniarz przesyła naszej księgowej swoje nagie zdjęcia. I to przez telefon. Tfu! Ja wiem, że składanie numeru jest nieprzewidywalne, ale to już chyba przesada. Ja nie bardzo mogę zrozumieć, dlaczego mamy z Olgą przychodzić do pracy w sobotę i niedzielę, skoro Bartek nie reaguje na nasze uwagi. Ostatecznie to nie my wysyłamy swoje zdjęcia z wanny, wiec naprawdę nie rozumiem o co chodzi!

Olga: A ja chciałabym dodać, że pan Mateusz obiecał, że ponosi mnie na rękach i nie dotrzymał słowa.

Prezes: To prawda Mateuszu?

Mateusz: Trzeba spytać Bartka.

Prezes: Panie Bartku, co pan na to?

Bartek: Panie prezesie, ja protestuję! To, że Irena robi mi ostatnio dobre kanapki, nie ma przecież żadnego wpływu. Powiedziałem ostro teściowej, że zdjęcia nie mogą wchodzić na spad i to nie jest tylko sprawa wyimków. Taka jest moja teza i nie widzę lepszej.

Nagle salę konferencyjną ogarnia ciemność. Bartek wykorzystuje sytuację i szybkimi ruchami dłoni w kieszeni doprowadza się do orgazmu, wydając przy tym odgłos będący skrzyżowaniem kwiku i gulgotania indora. Olga i Agnieszka przerażone znikają pod stołem.

Prezes: Co się dzieje?

Mateusz: Nie bardzo wiem! Ale zaraz, popatrzcie! Za oknem coś się dzieje!

Prezes z Mateuszem po omacku podchodzą do okna. Nagle w roku sali pojawia się niewyraźnie podświetlona, sięgająca głową do sufitu, zakapturzona postać z gazetą w dłoni. Ubrana jest w strój przypominający habit zakonnika.

Zjawa (podśpiewuje): Gdzie strumyk płynie z wolna, gdzie szumi sobie las, stokrotka rosła polna, a nad nią szumiał las. Stokrotka rosła polna, a nad nią szumiał las, zielony las.

Nagle Zjawa znika tak nagle, jak się pojawiła. W Sali na powrót robi się widno. Olga z Agnieszką ostrożnie wychodzą spod stołu, kurczowo ściskając się za ręce. Bartek rozgląda się nerwowo wokół szczekając zębami.

Prezes: Co tam leży w rogu?

Mateusz (podnosi gazetę, którą trzymała Zjawa): To przecież ,,Przegląd Spożywczy”!

Opowieści ściśle prywatne

Któregoś razu późnym popołudniem nie zdążyłem na autokar z Siedlec do Białej-Podlaskiej, które leżą od siebie oddalone o ponad sto osiemdziesiąt kilometrów. Miałem dojechać do wioski leżącej mnie więcej w połowie drogi. Wsiadłem więc w inny autokar, skręcający kilka kilometrów przed celem mojej podróży w bok, skąd nietrudno już było dojść tam gdzie chciałem pieszo. Na asfaltowej szosie biegnącej przez las, mijałem właśnie znak informujący, że Biała-Podlaska leży ponad osiemdziesiąt kilometrów stąd, kiedy mijający mnie na rowerze mieszkaniec którejś z okolicznych wsi i jak się potem okazało tej, do której maszerowałem, rzucił pozdrowienie ,,Niech będzie pochwalony!”. Odpowiedziałem jak Bóg przykazał i zapytałem:

-Daleko jeszcze do Białej-Podlaskiej?

Rowerzysta niemal spadł ze swojego wehikułu i patrząc na mnie z niedowierzaniem wykrztusił:

-Panie! Przecież to będzie z osiemdziesiąt kilometrów! Z hakiem!

-No popatrz pan! A rano w Siedlcach powiedzieli, że to niedaleko!

Widać było jak na dłoni, że w jego skołatanej głowie zalęgło się podejrzenie, że tak od rana wędruję w kierunku Białej-Podlaskiej, wprowadzony w błąd przez jakiegoś siedlczanina. Niestety nie potrafiłem powstrzymać wybuchu śmiechu, do którego po chwili dołączył z wyraźną ulgą miejscowy rowerzysta. Porządek świata, w którym nie ma miejsca dla pokonujących pieszo takie odległości ludzi z miasta, okazał się jednak trwały i niewzruszony. Ruszyliśmy szosą w kierunku Białej-Podlaskiej, a mój rozmówca, zataczając wokół mnie swym rowerem regularne elipsy, usiłował bezskutecznie dowiedzieć się do kogo przyjechałem. Jego ciekawość została zaspokojona dopiero w chwili, kiedy zbliżyliśmy się do pierwszych zabudowań wsi.

dzień dwudziesty czwarty

No i poległ poniedziałek w tej nierównej z pozoru walce, chowając się prawie całkiem pomiędzy kartki kalendarzy na całe sześć dni. Może kiedyś pojawi się na Ziemi nowy święty Jerzy, który włócznią przebije na wylot poniedziałkową bestię, wysyłając na zawsze jej dusze w piekielne otchłanie, skąd nigdy nie będzie już miała powrotu. Niestety jak na razie dni tygodnia są niezniszczalne, przychodzą i odchodzą tanecznym krokiem, w rytm obrotów planety wokół własnej osi. Wstrzymanie obrotów ciał niebieskich nie leży jak na razie w naszej mocy. Wszyscy podnieceni telewizyjną debatą Kaczyńskiego z Kwaśniewskim, jak gdyby polemika z rzadkiego gatunku człowiekiem bez właściwości, jakim był i jest Kwaśniewski, mogła być czymś podniecającym. Rozumiem Kaczyńskiego, worek treningowy jest potrzebny. Ale w ząb nie rozumiem popularności pijaka, kłamcy, faceta bez jaj, który jak kameleon zmieniał swoje poglądy, zresztą tak samo jak wagę.