środa, 10 października 2007

dzień trzydziesty trzeci

Czyli dzień jakby nie patrzył - chrystusowy. Na pewno dla wielu ludzi z planety Ziemia dosłownie właśnie w tym momencie chrystusowy. Co prawda w zmartwychwstanie i wniebowstąpienie należy w w ich przypadku z całą pewnością wątpić, ale z drugiej strony któż to może wiedzieć na pewno? Lepiej wrócę w sensie dosłownym na ziemię, kwestie eschatologiczne zostawiając teologom. A na ziemi jest tak, że rzeczywiście człowiek uczy się całe życie, ciągle dowiadując się o czymś nowym. Ja na przykład dziś się dowiedziałem o pewnym zjawisku zwanym doggingiem. I na dodatek podobno kwitnącym w moim mieście po parkach, skwerach i podziemnych parkingach. Jacyś kolesie płci obojga wpadli gdzieś kiedyś na pomysł, że poczciwe w celach rekreacyjnych bieganie zwane w slangotrendy joggingiem, można połączyć z zaspokajaniem chuci. Sama nazwa pochodząca chyba od angielskiego ,,psa", natychmiast kojarzy się ze spółkowaniem tych bogu ducha winnych zwierząt w miejscach publicznych, czyli szukanie polskiego odpowiednika skończyć się musi na czymś w rodzaju ,,pieskowania" czy coś w tym stylu. :) W polityce też ciekawie, wczoraj kolejne występy pijanego Kwaśniewskiego, obrzydliwe wypowiedzi o niepełnosprawnych dzieciach staczającego się po równi pochyłej Korwina-Mikke, ale wszystkich przebił swoim listem do wykształciuchów Ludwik Dorn. Pomysł genialny, rasistowskie i chamskie reakcje internautów dowodzą jednak w pewien sposób tezy, że ślepa antypisowska histeria jest faktem. Polega ona m.in. na tym, że jakakolwiek inicjatywa PIS-u spotyka się w środowiskach opiniotwórczych z histeryczną reakcją i lamentem o totalitarnym państwie. Wspomniani internauci są tej histerii nieodrodnymi dziećmi. Do poziomu społecznego dyskursu wyznaczonego przez list Dorna, bardzo dowcipnego i inteligentnego, jego przeciwnicy jednak nie dorośli. I nie są żadnym argumentem ostatnie występy profesora Bartoszewskiego, który wyraźnie podbechtywany oklaskami publiki bywa niestety komiczny. Przy całym szacunku dla życiorysu Pana Profesora. :(


wtorek, 9 października 2007

Opowieści ściśle prywatne

Gdyby tak głębiej zastanowić się nad tym, co tak naprawdę łączy wszystkie opowiedziane tu historie, na pierwszy rzut oka można by odnieść wrażenie, że właściwie poza moją o nich wiedzą nic. Gdyby tak w rzeczywistości było, to cała opowieść nie miałaby najmniejszego sensu. Nie chcę uciekać się do najprostszej odpowiedzi, jaką byłoby stwierdzenie, że przecież na świecie nie wszystko ma sens, a ponadto nie jestem do końca przekonany, czy kategoria sensu ma wystarczające uzasadnienie własnego istnienia. Ale przyjmijmy przynajmniej na użytek dziejących się na tych stronach historii, że może w tym przypadku warto go jednak poszukać. Zapytajmy więc raz jeszcze, co je wszystkie łączy. Moim zdaniem, poza niesatysfakcjonującym mnie argumentem o konieczności wszystkiego, co pojawia się kiedykolwiek gdziekolwiek, łączy je między innymi prosta w gruncie rzeczy próba odpowiedzi na następujące pytanie: czy to, co się komuś w życiu przydarza, jest tego kogoś zasługą? Słowem, czy na wszystkie przytrafiające się nam przypadki trzeba w jakiś szczególny sposób zasłużyć, czy też może jest wręcz przeciwnie? Czy nie jest przypadkiem tak, że to co się nam przytrafia, jest ściśle z góry zaplanowane i nie mamy na to najmniejszego wpływu? Osobiście jestem wręcz fanatycznym wyznawcą twierdzących odpowiedzi na obydwie wersje tak postawionego pytania i co najważniejsze, nie mam najmniejszego zamiaru dostrzegać pojawiającej się w ten sposób sprzeczności. Po prostu nie interesują mnie w tym przypadku wszelkiego rodzaju logiczne konsekwencje, dobre w podręcznikach poprawnego rozumowania, ale niekoniecznie w życiu. Tam zakres ich stosowania bywa bardzo ograniczony. Można przecież skazać kogoś bez powodu na śmierć i nie móc jednocześnie przewidzieć, jak ten ktoś zachowa się w swych ostatnich chwilach. Można również zaplanować z godną pochwały precyzją spacer ulicami znanego sobie miasta nie przypuszczając, że może to być nasza ostatnia przechadzka. Można wreszcie w momencie stwarzania pierwszego człowieka, czy powołując do życia bohatera własnej książki znać w najdrobniejszych szczegółach jego późniejsze losy, a mimo to nie być świadomym faktu, że nawet stwarzając wszystko to, co tylko można sobie wyobrazić, jest się właśnie samemu w tym momencie wymyślanym przez kogoś lub coś, co też w tym samym momencie pojawiło się w jakimś nieznanym nam umyśle. Nie będziemy też nigdy do końca pewni, czy przypadkiem wymyślony przez nas bohater naszych opowieści nie pisze w tym samym momencie książki o losach wymyślonej przez siebie postaci i tak w nieskończoność, na podobieństwo nieskończonego szeregu odbić ustawionych naprzeciwko luster. Jeśliby te wszystkie akty stworzenia odbyły się jeszcze w tym samym momencie, oznaczałoby to również zniknięcie upływającego czasu, co z kolei nie pozwalałoby żadnemu ogniwu z nieskończonego łańcucha tworzenia przyznać atrybutu doskonałości, skoro można odkryć coś, co umknęło ich uwadze.

Wracając zaś do wszystkich dotychczas opowiedzianych tu historii, nie są one niczym innym jak poszukiwaniem oznak zewnętrznej ingerencji w nasze życie, oraz poszukiwaniem tego momentu, w którym samemu podejmowało się brzemienne w skutki decyzje. I tak niektóre z tych historii, już bez mojego w tym udziału, stały się ilustracją tezy o kierowaniu naszym życiem za pomocą pociągnięć niewidzialnych dla nas sznurków, inne zaś ukazały same przez się władzę ich bohaterów nad własnymi losami. Jeśli ktoś chce powiedzieć, że nie widać w tym wszystkim najmniejszych nawet oznak celowych zamiarów, odpowiedzieć mogę tylko, że nic dotychczas nie przekonało mnie o konieczności takich zamiarów istnienia. Jeśliby bowiem życie nasze miałoby upływać nad niekończącymi się rozważaniami powodów naszego uśmiechu czy przebywania z kimś kogo kochamy, to poza mało prawdopodobnym nadążaniem naszych myśli za tym, co się nam przydarza, sprowadzilibyśmy siebie do beznamiętnych symboli logicznego rachunku zdań, co bywa groźne w skutkach nie tyle dla uprawiających go osób, co tych, wobec których go zastosowano. Miałem kiedyś kolegę, który nigdy nie zdołał zadowalająco odpowiedzieć na pytania zadawane mu z uporem maniaka przez pewnego profesora semiotyki i skończyło się to kilka lat później niespodziewaną śmiercią tego kolegi z powodu niewinnie wyglądającego przeziębienia.

Powyższy przykład wyraźnie wskazuje, że w kwestii wyszukiwania związków przyczynowo-skutkowych panuje w gruncie rzeczy niczym nie skrępowana dowolność, która niezależnie od postawionych przesłanek prowadzić może do zaskakująco nieoczekiwanych wniosków. Jeśliby już za wszelką cenę zechcieć zaakceptować rządzące rozumowaniem reguły, należałoby wskazać tę jedną jedyną, jaką jest zawsze radosny akt naszej woli określenia jednych zdarzeń mianem przyczyny, drugich natomiast skutku. Nie ma żadnych przekonywujących dowodów na fałsz twierdzenia, że słońce wschodzi dzień w dzień tylko dlatego, że tak chcemy i tak się nam podoba. Powie ktoś, że jest to niezależne od naszego chcenia, ale wtedy należy uważnie wysłuchać argumentów o tym świadczących. Jedyny, który mógłby do mnie trafić, musiałby opierać się na wydarzeniu, którego treścią byłby zbiorowy sprzeciw wobec wszystkich wschodów i zachodów słońca. Gdyby mimo to słońce wyszło jak zwykle zza linii horyzontu na swą codzienną wędrówkę, musiałbym z wyznawanego poglądu zrezygnować. Dopóki to jednak nie nastąpi, z dużą dozą radości niektóre przypadki z własnego życia traktuję jako zawinione, inne zaś jako w najmniejszym nawet stopniu ode mnie niezależne. Podobnie też wyznaję pogląd, że świecące słońce ogrzewa nas swymi promieniami, bo część z nas tak sobie życzy, jak również, że jest to zupełnie dla niektórych ludzi niezależne od ich chcenia. Nieprawdą jest też, że nikt nie życzy sobie śmierci, skoro istnieją ludzie potrafiący odebrać sobie życie. O tym czy rzeczywiście muszę kiedyś umrzeć, przekonam się dopiero na własnej skórze.

Może być również tak, że jedyną przyczyną, dla której jeszcze żyjemy, jest nadzieja na życie po śmierci, jak również takiej nadziei brak. Widać tu niezwykle wyraźnie, że dwie całkowicie różniące się od siebie przyczyny prowadzić mogą do identycznych wniosków i nie powinno to nikogo zbytnio dziwić. Czy na przykład to, że mój kot, a właściwie kotka zaczyna podrzucać do góry łapkami swój uśmiech i mimo to nadal się śmieje, a ja oglądam z rozbawieniem popełniane przez siebie po raz kolejny kardynalne błędy, czy to musi od razu oznaczać, że na powierzchni nadciągających chmur wylegują się sami księgowi z międzynarodowych korporacji? Czy tylko dlatego nie możemy we własnym domu poczuć oddechu pustynnych piasków lub znaleźć schowane za lustrem nigdy nie zadane przez nas pytania? Z całą natomiast pewnością wiem, że tylko dlatego niektóre kobiety tak pięknie tańczą i przejmująco się smucą, bo są bardzo kochane.

dzień trzydziesty drugi

O czym nie można mówić, o tym należy milczeć. To oczywiście ostatnia, siódma teza ,,Tractaus logico-philosophicus" Ludwiga Wiitgensteina, ostatniego świętego wśród filozofów, a nawet nie tylko. Napisany w okopach I wojny światowej, nieprzypadkiem porównywany z koanami mistrzów buddyzmu Zen. Twierdzenie z pozoru tak banalne i oczywiste, ale to tylko zwodniczy pozór, usiłujący szczelnie, niczym semantyczny czador, zasłonić to, co zasłonięte ma zostać. Jeśli rzeczywiście, jak chcą niektórzy, na początku było słowo, to jeśli go nie ma, pozostaje nam tylko głuche milczenie. Pytanie tylko, czy jest coś na tym świecie, na którym przyszło nam żyć, o czym powiedzieć nic nie można?

poniedziałek, 8 października 2007

Opowieści ściśle prywatne

Wiele spraw i równie wielu ludzi przestało mnie po prostu interesować. Mogłem bez przeszkód snuć swoją opowieść nie oglądając się na nic. To zaczęło wyglądać na w najczystszej postaci święty spokój. Nie byłem ciekaw nadchodzącej przyszłości i nawet nie dlatego, że za dużo się o niej dowiedziałem. Unoszącej nas fali należy zawsze dać się ponieść i to wszystko, co możemy wtedy zrobić. Zbędne ruchy pogarszają sytuację, bo nie znaczymy nic wobec potęgi wody. I tak wyrzuci nas w końcu na jakiś znany lub nieznany brzeg. Nie wiemy i nie trzeba wiedzieć, czy istnieje ktoś lub może raczej coś, co o tym wszystkim decyduje. Strońmy od kategorycznych sądów w tej kwestii, bo bardzo łatwo w tej mierze o brzemienną w skutkach pomyłkę. Kiedy tego czegoś gorączkowo szukamy pamiętajmy, że nikt i nic nas na razie nie odnalazło. Świat w gruncie rzeczy potrafi być czasami piękny i nie należy go na siłę zmieniać. Skoro trwa niezmiennie od tylu lat, być może skrywa w sobie nieznaną nam dotąd mądrość. Wierzmy niezachwianie, że każdy dzień przynieść może niespodziewaną odmianę naszej obecnej sytuacji. Zbyt wielka jest bowiem otaczająca nas różnorodność, aby nic nie ulegało nieuchronnym zmianom, których braku nie kojarzmy zbyt pospiesznie z nudą. Unikajmy zbyt długo trwających poruszeń umysłu i pielęgnujmy błogi spokój właściwy na co dzień aniołom. Nie udawajmy innych niż naprawdę jesteśmy i nie przejmujmy się zbytnio opiniami wypowiadanymi przez tych, na zdaniu których nam nie bardzo zależy. Traktujmy samych siebie z sympatią, bo naprawdę nie ma ludzi doskonałych. Nie oczekujmy nagrody za cnoty umysłu i charakteru, bo gdyby były nagradzane, na świecie nie zostałoby śladu po głupocie, podłości i bezczelności. Nie pijmy nigdy zdrowia szmat i kanalii. Nie oczekując od życia zbyt wiele unikniemy wielu rozczarowań. Cieszmy się zdrowiem i urodą naszych bliskich i cieszmy się radością, jaką może sprawić rozmowa z mądrym człowiekiem, czy obecność naszych najbliższych. Cieszmy się tym, że wciąż potrafimy śmiać się do łez i nie miejmy litości dla wszelkiej maści skurwysynów. Ich matki nie mają z tym nic wspólnego. Cieszmy się z pięknych chwil, jakie udało się nam przeżyć i z tych, które jeszcze nadejdą. Jeśli tylko nie umarła w nas nadzieja, to mimo, że nazywają ją matką głupich, cieszmy się, że jeszcze jest w nas. Nie bądźmy wyrozumiali dla przyjaciół naszych wrogów i nie każdy przyjaciel naszych przyjaciół może być naszym. Nie udawajmy, że nie chcemy śmierci dla morderców naszych bliskich i że życzymy dobrze naszym nieprzyjaciołom. Nauczmy się cieszyć drobiazgami i nie pozwólmy, aby każdy nasz krok musiał czemuś służyć. Bądźmy lojalni wobec tych, których kochamy i pamiętajmy zawsze o wdzięczności wobec tych, co wyciągnęli do nas rękę w potrzebie. Unikajmy skomplikowanych teorii wpędzających w szaleństwo. O wiele trudniejsze są rzeczy proste i nieskomplikowane. Nadmiar finezji w ich rozpatrywaniu nie pozwala czasem dostrzec ich wielkiej urody. Kochajmy ludzi z krwi i kości oraz bądźmy dobrzy, niekoniecznie głosząc pochwałę dobroci. Wstydźmy się tchórzostwa i nie okazujmy strachu, bo naprawdę ma tylko wielkie oczy. Czekajmy niecierpliwie na sny, w których wszystko o czym daremnie marzyliśmy może się przecież wydarzyć. Bądźmy zawsze po stronie słabszych i prześladowanych. Nie martwmy się zbytnio, kiedy giną politycy. Nie brzydźmy się kłamstwem, jeśli tylko może ono komuś pomóc i omijajmy prawdę, jeśli może zabić. Unikajmy za wszelką cenę wielkich słów, bo mało kto w nie wierzy.

Nie sądzę abym to wszystko, co przed chwilą powiedziałem, wymyślił sam. Zresztą nie warto podobnych rzeczy wymyślać samemu. To wszystko już było gdzieś kiedyś powiedziane i zapisane. Trzeba tylko uważnie wsłuchiwać się w kadencje pauz pomiędzy słowami i opanować sztukę uważnego czytania między wierszami. Wszelkie tajemnice mają zwykle to do siebie, że skrywające je zasłony nie są wcale udrapowane w zbyt gęsty i wymyślny sposób. Czasami bywa też tak, że przez cały czas naszych poszukiwań znajdowały się w zasięgu naszego wzroku. Po prostu nie wytężaliśmy go zbyt mocno.

Weźmy na przykład urodzonego w 154 roku Bardesanesa z Edessy, którego ówcześni Grecy zwali Partem. W liście do swego ucznia Awidy radzi między innymi, aby ten czytał księgi egipskie, w których mowa jest o przypadkach spotykających ludzi. Uczeń w odpowiedzi prosi swego nauczyciela o wskazanie, które z czytanych przez niego ksiąg są egipskie, a które Chaldejczyków z Babilonu, jakby to miało jakiekolwiek znaczenie. Dla Bardesanesa konstelacje gwiazd nie na każdego człowieka miały identyczny wpływ, co w wystarczający mu sposób udowadniało istnienie u człowieka niezmierzonych pokładów wolnej woli. Wedle pewnego zmarłego w 724 roku biskupa plemion arabskich Giwargisa, Bardesanes badając konfiguracje gwiazd odkrył istotną prawidłowość cykli obrotów ciał niebieskich w naszym układzie słonecznym, wedle której istnieje liczba wspólna dla właściwej danemu ciału liczbie obrotów w ciągu sześćdziesięciu lat. Liczba tą było sześć tysięcy i na taki też wiek oszacował Bardesanes istnienie wszechświata. Żyjący prawdopodobnie w piątym wieku Mose Chorenensi, mocno wątpliwy autor ,,Historiae armenicae libri III”, przypisuje jednemu z uczniów Bardesanesa Filipowi, autorowi syryjskiej redakcji głównego dzieła Bardesanesa ,,Liber Legum Regionum”, autorstwo zaginionego dialogu o przeznaczeniu człowieka, dla niepoznaki zatytułowanego ,,Peri heimarmenes”. Czytany wspak okazał się traktatem na temat ludzkiej seksualności. Wspominają o tym również autorzy napisanego jedną z odmian pisma estrangelo katalogu porównawczego wszystkich rodzajów gramatyk syryjskich, Elija bar Simaja i Johannan bar Zo’obi. To dzięki nim dochowało się do naszych czasów coś więcej, aniżeli niewiele mówiąca wzmianka. Dochowało się mianowicie dość dokładne streszczenie prezentowanych tam poglądów. Według nich egzemplarz dialogu mógł zostać ukryty przez Filipa w zbudowanym w dwusetnych latach naszej ery grobowcu rodziny Hapsai w Edessie, w okolicach mozaiki z kolorowych kamieni, przedstawiającej składanie ofiary przez zmarłych. Ciekawe, że dialog rozpoczynają rozważania dotyczące objawów choroby u nubijskich kotów. Jeśli tułów zwierzęcia zaczyna tracić swój walcowaty kształt i nabiera cech tak zwanej flądrowatości, objawiającej się nienaturalnym spłaszczeniem przekroju tułowia, powinno być to dla właścicieli kota pierwszym niepokojącym sygnałem. Zmiana kształtów niemal zawsze idzie w parze z różnej konsystencji wydzielinami z nosa i wewnętrznych kącików oczu. Następnie bez żadnego pozornie logicznego związku pojawia się niczym deux ex machina właściwy temat dialogu. Znamienna jest stanowcza deklaracja autora dotycząca miłości, której nie należy na siłę poszukiwać i bez której nie sposób wedle niego doświadczyć życia w całej jego krasie. Oczywiste jest ponadto odróżnienie uczucia od cielesnej fascynacji, mającej to do siebie, że prędzej czy później, a chyba nawet raczej prędzej, znika równie szybko jak się zdołała pojawić. Filip ludzką seksualność sytuuje na poziomie zwanym przez niego zwierzęcym i jeśli komuś sfera ta potrafi przesłonić świat, znaczyć to może tyle, że ten ktoś dobrze czuje się w świecie rządzonym jedynie przez instynkty.

dzień trzydziesty pierwszy

Oby to tylko nie było tak, że świetlisty szlak, na który całkiem niedawno udało mi się powrócić, nie prowadził do całkowitej ciemności, z królestwa której trudno byłoby powrócić na chybotliwą w gruncie rzeczy kładkę, na której najmniejsze nawet zachwianie równowagi prowadzi do katastrofy. Rzadko zdarzają się te z gatunku pięknych, jak ta, która przytrafiła się Zorbie, a właściwie inwestorowi całego przedsięwzięcia. Obaj wyszli z niej zwycięsko, to znaczy Zorba nie doznał na honorze uszczerbku, a ten co wyłożył kasę, czegoś tam nowego, co na pewno odmieniło jego późniejsze życie, się nauczył. Tańczyć tak i do takiej muzyki, kiedy coś się zawala i zamienia w ruinę - to jedna z większych mądrości, do których człowiek powinien dojrzewać. Całe szczęście, że życiowa mądrość jest w praktyce nieprzekazywalna, jakby było w niej coś, co zmusza nas do dochodzenia do niej tylko i wyłącznie na podstawie własnych doświadczeń. Może broni się w ten sposób przed banałem i nie pozwala sprowadzić się do roli produktu, który można kupić i sprzedać, choć patrząc na tytuły rozmaitych poradników, oferujących rozmaite recepty na wszystko, co związane jest z naszym życiem, można dojść do wniosku, że wszystko co ważne jest na wyciągnięcie ręki. Na szczęście to tylko złudzenie, lub co gorsza, hucpa macherów od marketingu. Raczej jednak to drugie.

niedziela, 7 października 2007

Opowieści ściśle prywatne

Był to również jak wspomniałem czas, kiedy to w naszym słowniku na dobre, oprócz wspomnianych mankurtów i kwakwarakwa, zagościły zwierzaki i czochranie. Wieści o mankurtach przyniósł Krzysztof, który wyczytał ich dzieje z książki jakiegoś kirgiskiego czy kazachskiego pisarza. Według wspomnianej w powieści legendy krążącej wśród koczowniczych przodków autora, ich pastwiska najeżdżały w dalekiej przeszłości wrogie plemiona, które po wybiciu dorosłych jeńców, wziętym w jasyr niemowlętom zakładali na czoła opaski z wilgotnej skóry, ściągniętej uprzednio z pęcin rannych koni. Wysychająca skóra wrzynała się w rosnącą głowę i tym sposobem najeźdźcy hodowali upośledzonych niewolników, niezdolnych do najmniejszych oznak sprzeciwu. Zdaje się, że opowieść o mankurtach miała być według autora rodzajem metafory losów poszczególnych ludzi i całych narodów, wchodzących w skład sowieckiego imperium. Nam termin mankurt zaczął służyć do oznaczania, bez oglądania się na płeć, tych osobników, u których nawet przy najszczerszych chęciach nie sposób było się dopatrzyć najmniejszych nawet śladów pofałdowania mózgu. Co do zwierzaków i czochrania się, obydwa słowa przeznaczone były do opisu niektórych ludzi i ich zachowań. Szczególnie szerokie znaczenie uzyskało w toku naturalnej ewolucji językowej ,,czochranie”, które oznaczało zespół ludzkich zachowań nacechowanych podszytym niepokojem skonfundowaniem, mogącym niepostrzeżenie przejść w pełne zniecierpliwienia zdenerwowanie. Ludzi zaś, których zachowanie budziło nasze zdziwienie lub wręcz obrzydzenie, nazywaliśmy zwierzakami, a stan będący następstwem tak odbieranego zachowania zezwierzęceniem.

Z kwakwarakwa zetknąłem się podczas lektury włoskiego kryminału z politycznym zacięciem. Tematem było śledztwo, które bohater powieści prowadził w sycylijskim mieście w związku z tajemniczym morderstwem. Wszystkie ślady prowadziły do miejscowej mafii, z którą jak się na końcu okaże, łączyły jakieś interesy wszystkich znaczniejszych obywateli miasta. Giną po kolei ci, którzy mogliby coś o morderstwie powiedzieć. Główny bohater dociera w końcu do miejscowego capo di tutti, którego z braku dowodów nie jest w stanie oskarżyć. Zadaje mu pytanie, dlaczego skoro zamordowano wszystkich ewentualnych świadków, jego pozostawiono przy życiu. W odpowiedzi słyszy, że mafia ludzi nie zabija. Ci, którzy zginęli ludźmi nie byli, więc o morderstwach w żadnym razie nie można mówić. To byli po prostu kwakwarakwa, nazwani tak na podobieństwo taplających się w błocie kaczek. Stali najniżej w tej osobliwej klasyfikacji. Najwyższym ogniwem w tak pojmowanym łańcuchu ewolucyjnym byli ludzie, których od kwakwarakwa oddzielają jeszcze pół i ćwierć ludzie. Bohatera powieści zaliczono do grupy ludzi i dlatego ocalał. Nietrudno się domyśleć, że według naszych intuicji językowych termin kwakwarakwa odnosił się do tych naszych pobratymców, wobec których stosowanie takich nazw jak mankurt czy zwierzak nie oddawało rzeczywistego stanu rzeczy.

Zachęcani bogactwem języka w procesie wyszukiwania różnic gatunkowych i budowaniu na tej podstawie nowych kategorii klasyfikacyjnych, poważaliśmy się na konstruowanie nowych systemów podziału świata przyrody ożywionej. Uważając dotychczasowe podziały za zbyt zawiłe i niejasne proponowaliśmy nowe. Już to ze względu na optykę oka ludzkiego wyodrębniając z królestwa zwierząt kategorie istot widocznych, niewidocznych i ledwo widocznych, już to ze względu na mechanikę ruchu, wskazując jako przykład prostego podziału organizmy poruszające się samoistnie czyli homolokacyjne, oraz jako ich przeciwieństwo organizmy wykorzystujące do przemieszczania się jeden z czterech żywiołów, jak to się dzieje w przypadku chmary szarańczy unoszonej przez wiatr, co pozwoliło traktować owady te jako heterolokacyjne. Z podziałów tych wynikały różnego rodzaju implikacje, jak chociażby pewne prawa, z których jedno wyraźnie mówiło, że o ile w przypadku organizmów widocznych nie ma znaczenia dla kategorii klasyfikacyjnej ich aktualna ilość, o tyle w przypadku ledwo widocznych sytuacja ulegała diametralnej zmianie. Wykryliśmy bowiem, że przypadek pojedynczych lub niewielkiej ilości organizmów ledwo widocznych może spowodować okresową przynależność do odmiennej kategorii niewidocznych, zaś większa ilość organizmów z tej kategorii pozwala zaliczyć je do grupy widocznych. Charakterystyczny przykład tego typu trudności występował w tak zwanym dylemacie pchły.

Obserwowana różnorodność ludzkich fizjonomii, objawiająca się w pewnych przypadkach niezwykłym wprost podobieństwem do niektórych zwierząt, prowadziła nas do graniczących z pewnością wniosków o występowaniu w dalekiej przeszłości przypadków krzyżowania się ludzkiej rasy ze zwierzętami.

Był to również czas słowa mówionego. Uroda opowiadanych historii i prowadzonych dysput wydawała się nam tak wielka, że strach przed ich zapisywaniem wręcz paraliżował. Obawialiśmy się, że podczas utrwalania na piśmie ich nastrój może zniknąć bezpowrotnie. Nie myśleliśmy o tym, co będzie później i żyliśmy dniem dzisiejszym, starając się wycisnąć z niego jak najwięcej. To był również czas śmiechu i nigdy już potem tak się nie śmieliśmy. Potem już było tylko gorzej. Mam na myśli nasze życie towarzyskie. Być może żyliśmy na zbyt wysokich obrotach, aby mogło to trwać wiecznie. Przyjaźń zamieniała się powoli w rodzaj przyzwyczajenia i trudno było znosić te same żarty i te same tematy odtwarzane zbyt mechanicznie, by odnaleźć w nich ślady uczucia. W jednym przypadku przyjaźń wręcz zamieni się w nieskrywaną wrogość. Znaleźliśmy się w nowych czasach, a jednego z nas zaczęła toczyć nieuleczalna choroba. Ale biegu wydarzeń odwrócić się już nie dało.

Przestałem zaglądać do książek, od czasu do czasu pisywałem wiersze i pasjami słuchałem muzyki. Żałowałem bardzo, że w dowodach osobistych nie można umieszczać zdjęć na tle pejzażu widocznego za plecami Giocondy. Żałowałem również, że przelatujące ptaki nie zostawiają na niebie śladów, jakie zostawiają po sobie ponaddźwiękowe samoloty.

dzień trzydziesty

Na studiach groza, od wczoraj do dzisiaj na każdych zajęciach inny program graficzny i jeden ,,hateemelowy" do projektowania stron www. Zdaje się, że na własne życzenie zaprzęgłem się na 10 miesięcy niczym wół do kieratu. Ciekawe, czy kieratów się jeszcze gdzieś używa? Drewniany bal o kwadratowym przekroju osadzony w środkowym punkcie na żelaznym trzpieniu, osadzony na cokole z kłębowiska czarnych od smaru zębatych kół, poruszanych przy pomocy obracającej się jak wskazówka gigantycznego zegara belki, do której jednego lub obydwu końców zaprzężone było zwierzę w rodzaju wołu czy pociągowego konia. I chodził sobie taki zwierzak w kółko wprawiając maszynerię za pomocą belki w ruch, a ta z kolei dostarczała energii mechanicznej rozmaitym sieczkarniom czy młockarniom. Matko jedyna, po dzisiejszym dniu mojego podyplomowego studiowania włos z przerażenia jeży mi się na głowie ;)

sobota, 6 października 2007

wspomnienia z Biura Promocji Głupoty

Dziś w godzinach porannych awantura telefoniczna między mną a Bestią. Wczoraj się czochrała, że niejaki D. dostarczył tekst na inny temat, aniżeli Bestia pragnęła. Ja na to, że taki tekst przekazała mi na odchodne Agnieszka i widocznie taki był zamawiany. Bestia, że to niemożliwe. Dzwoni rano i apiat o tekście D.. Żebym do niego zadzwonił i wyjaśnił. Pamiętałem, co przekazywała mi Agnieszka, wiec najpierw dzwonię do niej. Agnieszka potwierdza, że taki tekst (o szkoleniach) był zamawiany za zgodą Bestii, natomiast ten na inny temat, o który Bestia się upomina, D. popełni do numeru sierpniowego. Kolejny telefon od Bestii i pytanie, co z D. Ja na to, że rozmawiałem z Agnieszką i jednak Bestio droga wyraziłaś zgodę na zamówienie tekstu o szkoleniach, a ten, co jest obiektem Twego pożądania będzie na sierpień. I się zaczęło.

Bestia - Ta cała Agnieszka łże jak pies! Ja ci mówię, że nic takiego nie zamawiałem! A w ogóle, to po co Ty do niej dzwoniłeś, przecież ona u nas już nie pracuje?

Mateusz - Żeby dowiedzieć się, jak to było, bo przecież ostatnio nie wiedziałem co się dzieje w redakcji. Siedziałem na górze.

Bestia - Ale miałeś dzwonić do D.!

Mateusz - Ale najpierw musiałem się dowiedzieć jak było, żeby wiedzieć, o czym rozmawiać z D.! I teraz mogę do niego zadzwonić.

Bestia (maksymalnie spieniona) - Ale po co było dzwonić do Agnieszki?

Mateusz - Żeby się dowiedzieć!

Bestia - Ale czego?

Mateusz - Tego, czy Agnieszka zamawiała. Zakładam, że niektórzy ludzie mówią prawdę i Agnieszka do takich osób się zalicza.

Bestia - To ty tak zakładasz!

Mateusz (wkurwionym głosem) - I ma do tego chyba prawo. Coś zakładam i potem mogę co najwyżej to zweryfikować! Dzwoniąc do D.!

Bestia - Jak nie chcesz dzwonić do D., to ja zadzwonię!

Mateusz - Ale ja nie powiedziałem, że nie chcę dzwonić. Teraz mogę!

Bestia - Nieee! Ja sam zadzwonię! (trzask rzuconej słuchawki).

Dzwoniąc do Elwiry coś mamrotał, że ma kłopoty ze skrzynka mailową i nie może odebrać tego, co Elwira mu przysłała. Przyszedł Wojtek i nerwowo się śmiejąc opowiedział, że właśnie dzwoniła Bestia z pretensjami, że nie może odbierać poczty. Na domowym komputerze, który co prawda podłączony jest z resorowymi w sieć, ale domowy. Wojtek mu na to, że nie bardzo rozumie, dlaczego on do niego czyli Wojtka z tym dzwoni. Odpowiedzią też był trzask rzuconej słuchawki.

Po piętnastej Bestia dotarła do pracy. Chyba zażyła garść relanium, bo zachowywała się jak na nią normalnie. Kiedy przybyła poskarżyła się płaczliwie, że miała kłopoty z pocztą elektroniczną.

Bestia - Bo wiesz Mateuszu, ja mam piętnaście skrzynek mailowych.

Mateusz - Naprawdę? (pamiętasz, że kiedyś w laptopie Bestii to wykryłem?)

Bestia - No tak. I zapchało mi twardy dysk, bo nigdy nie usuwałem spamów i niepotrzebnych wiadomości.

Mateusz - Ja robię to codziennie.

Bestia - A ja nie robiłem nigdy i dzisiaj przez pięć godzin usuwałem te niepotrzebne.

Opowieści ściśle prywatne

Muzyczne dźwięki tylko wtedy mogą coś znaczyć spoza obszaru muzyki, jeżeli wcześniej przypiszemy im słowami jakieś nowe, uprzednio nieznane znaczenie. Na przykład wydawane przez myśliwskie rogi dźwięki, które dla myśliwych są tylko im znanym językiem. Rozmawiałem kiedyś z człowiekiem, który znał tajniki mowy grywanych na polowaniach melodii. Rozmowa odbywała się pewnego wieczoru w domu położonym nad dwoma, połączonymi śluzą stawami. Dom był własnością rodziców Wojtka, który spędzał tam rokrocznie z całą rodziną wakacje. W skład rodziny wchodziła żona i dwójka różnej płci dzieci. Człowiek, który wtajemniczał nas w arkana sekretnej mowy myśliwskich rogów i piszczałek, był wedle własnych słów nie lada autorytetem w dziedzinie polowań. Świadczyć o tym miała liczba ustrzelonych przez niego dzików, do których odnosił się również termin dzika świnia. Struchleliśmy nieco, kiedy z ust niespodziewanie przybyłego na kolację myśliwego padła liczba upolowanych przez niego wspomnianych zwierząt. Dotychczas sądziliśmy naiwnie, że podana przez niego liczba ustrzelonych własnoręcznie zwierząt obejmuje całą ich krajową populację. Przez głowę przebiegła mi wtedy przerażająca myśl, że zbliżone ilości upolowanych zwierząt przemnożone przez orientacyjną liczbę myśliwych, dają w efekcie apokaliptyczny obraz terytorium Polski, przemierzanego przez niezliczone watahy odyńców i loch w otoczeniu merdających kręconymi ogonkami warchlaków. Kiedy podzieliłem się głośno tymi wątpliwościami usłyszałem, że osiągnięcia naszego pogromcy dzików wcale do najwybitniejszych nie należą. Ta informacja tylko pogłębiła powstały w mojej głowie zamęt. Na szczęście rozwiała go uwaga małżonki myśliwego, która widząc moje zaniepokojenie wyjaśniła, że do dzików zaliczyć można również te z udomowionych świń, którym udało się czmychnąć z chlewików w głąb leśnych ostępów. Wedle jej słów proces wstecznego dziczenia postępował tak szybko, że po kilku miesiącach pobytu udomowionej świni w towarzystwie swych na dobre zdziczałych pobratymców, nie można jej było od nich w żaden sposób odróżnić. Ta informacja rozwiała mój niepokój.

Prezent w postaci magnetofonowej kasety z nagranymi i opisanymi dźwiękami myśliwskich rogów, który wręczył nam odjeżdżający nazajutrz myśliwy, był niestety tylko w jednym egzemplarzu i z racji funkcji gospodarza przypadła Wojtkowi. Kiedy zostaliśmy sami, jeszcze długo komentowaliśmy uzyskane poprzedniego wieczoru informacje. Drugim, choć w istocie mniejszej wagi tematem poruszonym podczas tej pamiętnej kolacji, była sztuka wabienia dzikich zwierząt. Polegała ona, jak się dowiedzieliśmy, na naśladowaniu przy pomocy głosu własnego lub skonstruowanych w tym celu urządzeń, zwanych fachowo wabikami, odgłosów wydawanych przez zwierzęta, co do których wabiący podejmował potem ostateczne w skutkach decyzje. Jakoś tak się złożyło, że pierwszy wpadłem na pomysł wypróbowania własnych zdolności imitowania takich odgłosów. Stało się to w momencie przebudzenia następnego dnia z poobiedniej drzemki. Zajmowaliśmy z Tetką gościnny pokój na piętrze. Okna wychodziły na rosnąca obok domu rozłożystą brzozę, w cieniu której spożywaliśmy posiłki, w tym i nieraz obficie zakrapiane kolacje. Tuż po przebudzeniu wzrok mój padł na duży arkusz papieru, z którego natychmiast wykonałem niezbędną do wydania odgłosu nieznanego mi jeszcze wtedy zwierzęcia tubę. Wystawiwszy ją przez uchylone okno przytknąłem do niej usta i dmąc niczym nie przymierzając w jerychońską trąbę, wydałem przerażający nawet mnie samego ryk. Jego odgłos strącił z roweru przejeżdżającego w tym samym momencie pod oknem Julka, starszą latorośl Wojtka. Z łóżek poderwali się też pozostali domownicy. Stało się w tym momencie dla wszystkich łącznie ze mną jasne, że byłem obdarzony niezwykłym bądź co bądź talentem naśladowania głosów rozmaitych bestii. Wieczorem wraz z rozochoconym Julkiem zaszyliśmy się w pobliskim lesie, skąd w kierunku wioski wydaliśmy kilkakrotnie przerażające odgłosy. Julek okazał się niezwykle pojętnym uczniem. Biorąc pod uwagę jego młodzieńcze wiersze, których bohaterem była postać Lcamtufa, powstała w wyniku tajemniczych przemian niepozornego konika na biegunach, nie mogło być inaczej. Pamiętam, że Julek długo był przekonany, że w księżycowe noce Lcamtuf przylatywał pod jego okno strasząc go delikatnymi uderzeniami kopyt w szybę.

Następnego dnia udaliśmy się do pobliskiego sklepu, którego właściciela z niejasnych powodów nazywano Piglusiem. Celem wyprawy był zakup produktów, mających urozmaicić wieczorne ognisko. Miejscowe obyczaje nakazywały w takich przypadkach krótką wymianę zdań, pozornie niezwiązanych z właściwym celem wizyty. Zaciekawieni reakcjami wioski na wydawane wczoraj odgłosy zapytaliśmy o nie, nie zdradzając oczywiście ani słowem naszej z Julkiem sprawczej w tym roli. Usłyszeliśmy, że wśród mieszkańców wsi powstało przekonanie o wcześniejszym niż zwykle początku godowego okresu jeleni. Skończywszy zwyczajowe uprzejmości, nasze żony postanowiły zakupić większą niż zwykle ilość poćwiartowanych kurczaków, ale traf chciał, że tego dnia w sprzedaży nie było jakichkolwiek elementów budowy tego udomowionego przez człowieka ptaka. Stropiony naszym nieukrywanym niezadowoleniem właściciel sklepu nieśmiało zasugerował zakup czegoś, co w żadnym razie nie przypominało najbardziej nawet nietypowego kurczaka. Już na pierwszy rzut oka było widać, że spoczywające wewnątrz chłodniczej lady zmrożone na kość szczątki musiały należeć do ptaka przynajmniej wielkości bociana, choć resztek bociana ze względu na szeroki i mocno zakrzywiony czerwony dziób, skarlałe skrzydła i zakończone ostrymi szponami kończyny też nie przypominały. Grzecznie podziękowaliśmy za zaoferowany towar, a na wieczorne ognisko zakupiliśmy zupełnie co innego. Wszystkich bez wyjątku dręczyło pytanie, czego to szczątki Pigluś usiłował nam sprzedać. Zdecydowaną większością głosów odrzuciliśmy pojawiające się kolejno wersje, upatrujące w zmrożonych na kamień szczątkach bociana, monstrualnej wielkości indyka czy pingwina, bo taka hipoteza też się pojawiła. Dopiero przy płomieniach dogasającego ogniska ktoś wpadł na pomysł, że może Pigluś w jakiś tajemniczy sposób wszedł w posiadanie wymarłego gatunku dronta z rodziny Raphidae o uwstecznionych skrzydłach i ogonie, ostatni raz widzianego na Mauritiusie w siedemnastym wieku. Ten wymarły nielot dochodził wedle pisemnych relacji misjonarzy do siedemdziesięciu pięciu centymetrów wysokości i znany był pod nazwą Dodo, wziętą wprost z narzecza tubylców. Natychmiast rzuciliśmy się do domu, aby w zbieranych jeszcze przed wojną przez dziadka Wojtka zeszytowych wydaniach encyklopedii Ultima Thule zweryfikować nasze podejrzenia. Pod hasłem Dodo rzeczywiście widniał rysunek ptaka, który do złudzenia przypominał ofertę handlową Piglusia. Całkowitej pewności jednak nie mieliśmy. Ze starannie oprawionych zeszytów wspomnianej encyklopedii, którą Wojtek odziedziczył w wersji kończącej się na literze S, można się było dowiedzieć o wielu innych ciekawych rzeczach. Na przykład co tak naprawdę wyciekło z otwartej pośmiertnie czaszki wodza rosyjskiej rewolucji czy o obyczajach innych narodów. Z pożółkłych stron encyklopedii wyczytać można było, że istniały takie narody, których przedstawiciele zamieszkiwali swe pozbawione podłóg jednoizbowe chaty wspólnie z chlewną trzodą, a istniały też takie, które nie cofały się przed spożywaniem padliny, za największy przysmak kulinarny uważając jeże. Nie bardzo w te rewelacje wierzyłem do czasu, kiedy gdzieś przeczytałem wywiad z przedstawicielem nacji zajadającej się jeżami. Otóż człowiek ten ubolewał, że na organizowany przez niego festiwal muzyczny nie dotarł z Ameryki jeden z jego znamienitych ziomków. Otóż ten godnie reprezentujący w Ameryce swój naród człowiek na wieść, że zapraszający go organizator festiwalu podejrzewany jest o zjedzenie psa, przyjazd swój na festiwal z tego względu po prostu odwołał. Okazało się, że autorem tego niezrozumiałego pomówienia był rodak obu mężczyzn. W tym samym czasie organizował podobny festiwal i nie chciał dopuścić, aby konkurencyjna impreza za sprawą przybysza z Ameryki doznała niezasłużonego splendoru. Te prasowe rewelacje w oczywisty sposób uwiarygodniały zeszyty encyklopedii jako źródło bezcennych informacji.

Kiedy następnego dnia skoro świt pobiegliśmy do sklepu i podstępnie wyraziliśmy ochotę na zakup nieważne pod jaką postacią kurczaków, Pigluś jak gdyby nic spytał, o jakie części tych ptaków nam chodzi, ponieważ w dniu dzisiejszym oferta była niezwykle imponująca. Lada chłodnicza rzeczywiście pełna była skrzydeł, kończyn i korpusów. Po wczorajszej ofercie nie było nawet śladu. Kiedy spytaliśmy Piglusia , czy nie ma jeszcze przypadkiem w sprzedaży tego, co nam jeszcze wczoraj oferował, udał że nie wie o co chodzi. Zaczęliśmy żałować, że jednak nie kupiliśmy tego, co jeszcze wczoraj było w zasięgu naszej ręki, ponieważ szanse rozwiązania dręczącej nas zagadki malały niemal do zera. Całkiem niedawno jedna z gazet opublikowała sensacyjne doniesienie o odkryciu związanym z datą ostatecznego wyginięcia Dodo. Wedle jakiegoś angielskiego uczonego, zajmującego się ustalaniem wiarygodnych dat wyginięcia w ostatnich kilkuset latach licznych gatunków zwierząt, ostateczne zniknięcie Dodo z listy wymarłych gatunków można z powodzeniem przesunąć w górę o lat ponad czterdzieści. O ile dobrze pamiętam, metoda ustalania tego typu dat nie opierała się jedynie na ustnych lub pisemnych relacjach naocznych świadków. Uzupełniona była opartym o żelazne prawa statystki wzorem, który pozwalał poszukiwaną datę ustalić z większą niż dotychczas dokładnością.

Wracając zaś do wieczornego ogniska, podczas którego usiłowaliśmy z różnym skutkiem rozwiązać zagadkę zawartości lady chłodniczej, już następnego dnia musieliśmy udać się z Tetką w drogę powrotną do domu. Zanim to jednak nastąpiło, zdążyłem z małą Adelką przerobić kilka rosnących przed domem ogórków na kształt totemów nieznanych nam afrykańskich plemion. Użyliśmy do tego celu kwiatów słonecznika, metalowych śrubek, gwoździ i kilku rodzajów kolorowych owoców zerwanych z rosnących wokół krzewów. Kiedy to skończyliśmy, musieliśmy się z Tetką bardzo pośpieszyć, aby zdążyć do naszego domu przed nadchodzącym nieuchronnie końcem lata.

dzień dwudziesty dziewiąty

Chciałem zmusić swoją Florkę marki europejski kot pręgowany, aby zaczęła kłaniać mi się w pas, ale jak na razie polityka w stosunku do niej na kolanach nie przyniosła oczekiwanych efektów. Kot ma trochę ponad trzy lata, prawie nówka, chodzi jak szwajcarski zegarek, jestem jego pierwszym właścicielem i nie mam najmniejszego zamiaru wstawiać Florki do komisu. Zapomniałem dodać, że gęste i błyszczące futro zabezpiecza jej brzuch przed korozją.
Dziś pierwszy dzień powrotu po latach do czasów studenckich i rzeczywiście tak się chwilami czułem, jakby wskazówki zegarów zaczęły poruszać się w zupełnie drugą stronę. Jak skończę te studia, to może zapisze sie do wieczorowej podstawówki? :)

piątek, 5 października 2007

wspomnienia z Biura Promocji Głupoty

Bodajże w poniedziałek Bestia pytała mnie o komentarz na temat odejścia Agnieszki. Powiedziałem wtedy, że jest to prosta konsekwencja jego stosunku do pracowników. Bestia coś wymamrotała, że to wszystko dlatego, że ma tyle spraw na głowie i może rzeczywiście za mało zwraca na to uwagi. Ale to była tylko iskierka rozumu, która na moment zabłysła w bestiowej głowie i natychmiast zgasła. Nosiła się z tym Bestia cały tydzień i dzisiaj wybuchła. Zwołała zebranie i na koniec zatrzymała mnie z Elwirą. Z miną wariata, z trudem hamując wściekłość wycedziła, że nie ma co płakać po Agnieszce, bo była wredna i podła, wiedziała kiedy odejść, miała muchy w nosie, a tak naprawdę przez dwa miesiące nie potrafiła napisać tekstu ,,o prowokacjach Sanepidu", t.j. o braku reakcji tego szacownego organu na ptaki w Hali Mirowskiej, na lampy owadobójcze w Marcpolu i na nieszczęsnego psa, któremu jak pamiętasz robiliśmy razem w sklepiku zdjęcie. I nie ma co po Agnieszce płakać, patrząc wymownie w moja stronę. O kurwa! Wieczorem, po kolejnej rekrutacji redaktorów, wróciła do tematu w sposób nawet jak na bestie wyjątkowo pokrętny. Stwierdziła mianowicie, że Agnieszka dlatego odeszła, bo Bartek odszedł. Kiedy zapytałem, jaki to ma związek, Bestia stwierdziła, że Agnieszka sama by nie dała rady i dlatego, chcąc uniknąć zdemaskowania, odeszła.

Rekrutacja. Tym razem sami młodzi ludzie w liczbie sześciu (jeden samczyk). Bestia zaczęła coś bredzić o radzie programowej i swej ubiegłotygodniowej podróży do Anglii, na targi Royal Show (do lipcowego numeru przeznaczyła na to wydarzenie sześć bitych kolumn). Nawiązując do wczorajszych zamachów w Londynie, zaznaczyła, że też tam była, a targi były w Birmingham. Coś się Bestii pojebało, bo Birmingham to była wyprawa federacji p.c. do J.P., tyle, że dwa tygodnie wcześniej. I tak bredziła, indagując tych nieszczęśników na temat ,,czym jest dla nich praca". Potem, z wyraźnymi objawami manii prześladowczej zwróciła się, żeby napisali o braku reakcji sanepidu na obecność gołębi w Hali Mirowskiej. Napisali. Na koniec, tak zresztą jak przedwczoraj, zapytała, jak się Państwu podobało spotkanie i czego się Państwo nauczyli. Jedna z dziewcząt, dziennikarka wolny strzelec z siedmioletnim stażem, odpowiedziała, że jest zaskoczona. Bestia zapytała czym? Na to dziewczyna o wielkiej dzielności serca stwierdziła, że to niepoważne zmuszanie ludzi przez ponad godzinę do wysłuchiwania o wojażach właściciela firmy, a ani słowa o warunkach zatrudnienia. I kogo takie opowieści obchodzą. A jeśli chodzi o nauczenie się czegoś, to czuła się jak w szkole podstawowej i niczego się nie nauczyła. I tak samo jak ta, która przedwczoraj wyszła, spojrzała na mnie z porozumiewawczym uśmiechem. To było piękne. Bestia natychmiast zakończyła spotkanie i zapytała, kto mi się najbardziej podobał. Ja tym razem zgodnie z prawdą, że właśnie ta, a nie inna. Więc Bestia tłumiąc wściekłość: - Ta pyskata? Dosyć mam takich, co mają muchy w nosie. Ona kłamała, że się niczego nie nauczyła. Musiała się czegoś nauczyć! Ja na to, że może mówiła szczerze. Bestia: -To niemożliwe!


I zadzwonił bestiowy telefon wielkości pierwszych modeli komórek albo trąby pierwszego anioła z Apokalipsy. Okazało się, że najstarszy pomiot, ten z niegojącą się dziurą w brzuchu, wyjechał na wakacje do Władysławowa i jest w szpitalu. Dostał tak zwanej ,,biegunki podróżnych", czyli zatrucia jakimś pożywieniem. Żeby było śmieszniej, tekst o ,,biegunce podróżnych" niejakiej dr K. będzie w lipcowym numerze. Bestia poniewierała brutalnie Bestiową, że puściła pomiota na wakacje. Zawołała biednego Janusza i poinformowała go, że chyba trzeba będzie jechać jutro po pomiota. Nieszczęsny Janusz prosił Bestię, żeby zdecydowała o tym teraz, bo jeśli nie będzie telefonu do wieczora, on chce wyjechać z rodziną na weekend. Bestia łaskawie się zgodziła, że ewentualnie zadzwoni i w drodze łaski i wyjątkowego wyróżnienia będzie mógł po pomiot pojechać. Potem poleciła Januszowi dosiać trawy w ogródku z tyłu budynku, bo te wróble za dużo wydziobały i są na trawniku łyse placki. Przed siódmą wydostałem się z tej pułapki na ludzi. Czy ja przypadkiem nie zwariowałem? J

Opowieści ściśle prywatne

Miejsce, do którego trafiłem, w porównaniu z koszarami były jak bułka z masłem. Intuicja podpowiadała, że pierwszą rzeczą, jaką należy czym prędzej uczynić, jest dokładne zapoznanie się z obowiązującymi przepisami. Wiedziałem już z doświadczeń, że im bardziej absurdalne, tym bardziej zasługują na uważną lekturę przynoszącą najczęściej wiele uciechy, a nieraz i pożytku. Gwoli wyjaśnienia należy dodać, że status tymczasowo aresztowanego był o wiele gorszy od statusu więźnia, ponieważ zakaz nawiązywania kontaktów z mieszkańcami innych cel był dokuczliwy. Właściwie może nie tyle sam zakaz, ile konsekwencje wynikające z jego łamania. Zbytni puryzm w rozróżnianiu tych dwóch kategorii podopiecznych służby więziennej byłby niewytłumaczalną przesadą, więc nie popełnię większego błędu używając terminu więzień w stosunku do wszystkich, nie wyłączając siebie.

Z regulaminu wynikało, że posiadamy jakieś prawa. Prawo do religijnej posługi, prawo do korespondencji, do paczek raz w miesiącu oraz widzeń. Mieliśmy także prawo do snu przy palącej się całą noc, osłoniętej metalową siatką żarówce. Był jeszcze spacer, ale o tym już wspominałem. Ta część regulaminu była raczej banalna i nie wzbudziła większego zainteresowania. Ciekawsza była jego druga część, kto wie czy nie najważniejsza, zwana regulaminem kar i nagród. Charakterystyczna była tytułowa kolejność zestawu bodźców, za pomocą których kierujący aresztem mogli wpływać na zachowania powierzonych ich opiece podopiecznych. Należały do nich przeniesione żywcem z koszar obyczaje meldowania się i przyjmowania tak zwanej postawy zasadniczej, polegającej według żołnierskiego savoir vivru na wyprężaniu sylwetki w pozycji baczność. Kary w gruncie rzeczy polegały na pozbawieniu delikwenta większości przysługujących mu praw. Regule tej nie podlegała kara twardego łoża, której maksymalna długość nie mogła przekraczać czternastu dni.

W przypadku możliwych do zdobycia nagród rzecz się miała zupełnie inaczej. Sprowadzały się do ustnych i pisemnych pochwał, z których najciekawszą w konsekwencje dla wyróżnionego nie daj Bóg w ten sposób nieszczęśnika, była pochwała wyrażona ustnie w obecności pozostałych mieszkańców celi. Jednak moje największe zainteresowanie wzbudziła nagroda, polegająca na możliwości przekazania wskazanej osobie własnoręcznie wykonanego przedmiotu. Natychmiast więc zapragnąłem wykonać taki przedmiot, nie mając jeszcze niczego i nikogo konkretnego na myśli. Najłatwiej dostępnym i w związku z tym najbardziej rozpowszechnionym surowcem używanym do produkcji różnorakich przedmiotów był dokładnie uprzednio przeżuty chleb. Można było lepić z niego, niczym z gliny, dosłownie wszystko. Zabrałem się więc żwawo do lepienia chlebowego człowieczka, na oko dwudziestocentymetrowej wysokości. Najwięcej czasu i uwagi poświęciłem wykonaniu nieproporcjonalnej wielkości genitaliów, które aby realizm był pełniejszy, ozdobiłem imitacją owłosienia. Do tego celu użyłem wyskubanych z materaca strzępków wełnianej przędzy. Postać, która wyszła spod mojej ręki, miała na głowie czapkę z otokiem i daszkiem z aluminiowej blachy odzyskanej z tubki po paście do zębów. W założeniu miała przypominać milicyjne nakrycie głowy. Efekt ten miała potęgować trzymana w ręku pałka z zapałki. Kiedy prace nad figurką zostały zakończone, zawisła z okiennej kraty na szubienicznej pętli.

Podczas spaceru celę dokładnie przeszukiwano. Operację tę w więziennym slangu nazywano kipiszem. Nietrudno się było domyśleć, że w razie kipiszu chlebowy człowieczek stanie się obiektem zainteresowania więziennych strażników i padnie ich łupem. Ze współlokatorami ustaliłem, że w przypadku zarekwirowania człowieczka i wizyty u żądającego wyjaśnień naczelnika aresztu, na jego przewidywane pytanie o człowieczka ,,co to jest?” mamy krótko i zwięźle odpowiadać ,,chleb!”. Ostatecznie to przecież chleb był surowcem, z którego powstała namiastka glinianego Golema. Nasze przewidywania sprawdziły się w stu procentach. Po powrocie ze spaceru Golem zniknął, choć w celi tym razem nie było śladów kipiszu.

Zaniepokojony jego utratą natychmiast nacisnąłem przycisk dzwonka, którego dźwięk był dla strażników sygnałem, że w celi wydarzyło się coś wyjątkowego. Niewątpliwie zniknięcie chlebowego idola czymś zwykłym i naturalnym nie było. Najpierw szczeknęła ręcznie zasuwana sztaba, potem w drzwiach zazgrzytał klucz i stanął w nich strażnik, którego z racji postury, wieku i związanego z tym doświadczenia nazywano Marabutem. Chodziły o nim pogłoski, że z upodobaniem uczestniczył w egzekucjach skazanych na śmierć więźniów. Wygląd jego nie tylko nie przeczył tym pogłoskom, ale wręcz je potwierdzał.

- Panie oddziałowy! Mieliśmy tu w celi chleb, wisiał sobie spokojnie na kracie i w czasie spaceru zginął! Co tu się panie oddziałowy dzieje?

- Chleb? – powtórzył ponuro Marabut? – Chleb? Za ten chleb to wisieć będziecie wy! – i drzwi zatrzasnęły się z powrotem.

Po tych słowach zdałem sobie sprawę, że Marabut mógł potraktować Golema jako swój i swoich kolegów po fachu zbiorowy konferekt, a rzucone pod moim adresem ostrzeżenie było aluzją do sposobu przechowywania zarekwirowanego chleba. Niepokój mógł budzić nienormalnie mocny akcent, jaki położył na słowo ,,wy”.

dzień dwudziesty ósmy

O nie, przyszedł mail w sprawie jutrzejszych zajęć, zamiast na 9:00 to na 8:30, a w niedzielę na 8:15. To na pewno nie są godziny dla ludzi, a na dodatek wieść, że to nie grasująca po podwórku czarna kotka znalazła nowy dom w wiejskim obejściu rolnika przywożącego raz w tygodniu kurze jajka i sery. A tak się wczoraj z tego ucieszyłem, bo wychodząc do pracy codziennie ją widziałem, jak utykając rozpaczliwie podbiega do ludzi i miaucząc prosi, aby ją zabrać do domu. Mam już jedną kotkę Florkę, znalezioną jako maleństwo w okolicach agencji towarzyskiej, której niestety albo na szczęście nigdy nie byłem klientem ;) Nie daje mi spokoju ta kotka, widać, że wygrzebała się z jakiejś choroby, a ja nie mam czasu zabrać jej do weterynarza, żeby zbadać, zaszczepić, i wtedy ewentualnie przygarnąć, nie narażając Florki na zarażenie się chorobą. Nie wiem też, jak reagują na siebie takie koty, z których jeden jest domowy, a drugi podwórkowy. Nie daje mi spokoju ta podwórkowa kotka...

czwartek, 4 października 2007

sceny z życia Biura Promocji Głupoty

Nad firmą ciąży klątwa rzucona swego czasu przez prezesa firmy, której pracownicy trzymając się za ręce, majestatycznie suną w przestworzach. Przyczyna klątwy był opór przedstawiciela W. przed zamieszczeniem reklamy na łamach miesięcznika z najlepszą na świecie rada programową. Wejścia do siedziby W. strzeże zezowaty kot wielkości małej krowy, łakomie łypiący okiem na każdego intruza. Kot umaszczony jest na podobieństwo zebry. Prokurent firmy W., faktycznie zarządzający firmą, w najmniejszym stopniu nie przypomina człowieka. Bo też człowiekiem nie jest. Powstał w tajnych laboratoriach firmy jako uboczny produkt doświadczeń z niskimi temperaturami. W wyniku niegroźnej awarii systemu kriogenicznego, technicy usuwający awarię znaleźli w komorze niskich ciśnień dwumetrowej wysokości stworzenie, które jeśli coś przypominało, to gigantyczną modliszkę. Zarząd firmy na pospiesznie zwołanym nadzwyczajnym zebraniu jednogłośnie zaakceptował wniosek prezesa o powierzeniu modliszce stanowiska prokurenta obdarzonego wszelkimi pełnomocnictwami. Jedną z pierwszych decyzji modliszki było otwarcie na terenie Polski przedstawicielstwa firmy, właśnie w Józefowie pod Warszawa. Wchodząca na nowy rynek firma od razu została zaatakowana przez watahy reklamobiorców. Jednym z nich była firma majestatycznie sunąca po niebie. Modliszka korzystając z podszeptów zezowatego kota popędziła większość z nich precz. Prezes jednej z popędzonych rzucił więc na W. klątwę. Kazał rozstawić wokół siedziby pułapki na szkodniki. Modliszka wymyśliła więc pokaz mody odzieży roboczej dla branży PC. Wojtek zachorował a Beza nie złożyła wniosku o nip. Za karę nie dostała zaproszenia na bankiet. Mateusz za karę dostał. Nie zostały uwzględnione jego marzenia o lodach. Napisał więc dla Żanety maila i zanurkował pod biurko Olgi. Ale to było wcześniej. Teraz wylądowali pod siedzibą firmy. Zezowaty kot zawarczał groźnie. Wszyscy, z wyjątkiem prezesa, wpadli w pułapki na szkodniki. Odgryźli sobie po dolnej kończynie i w ten sposób się uwolnili. Nie zważając na pomruki kota pokuśtykali na pokaz. Na wybiegu nie było dosłownie nic. Jeszcze nic. Zza kulis co i rusz wyglądała głowa Wiesława Wędliniarza ustrojona wieńcem rzymskich cezarów. Z głośników popłynął ,,The Wonderfull World” Louisa Armstronga. Na wybiegu pojawił się Wędliniarz w białym fartuchu stylizowanym na togę rzymskiego senatora. Oczywiście w wieńcu na głowie. Z gracją poruszał biodrami stawiając stopy energicznie podnoszonych nóg w jednej linii. Drugim modelem był J. Prezentował bokserki sięgające połowy łydki z wycięciem na nagie pośladki. Zielone bokserki w białe świnki. Kasy nie było. Mateusz otworzył sobie żyły i upuścił całą krew. Wyzionął ducha z uśmiechem na ustach. Reszta firmy powlokła się na zatracenie. Rozległo się ,,Tango Milonga”. Na niebie ukazała się tęcza, na wierzchołku której rozbłysło oko oprawione w trójkąt. Ziemia zaczęła płonąć. Gniew Pana był straszny. Ocalał tylko zezowaty kot i dolne kończyny bohaterów uwięzione w pułapkach. Dały początek nowemu życiu na dymiącej planecie. Zastępy aniołów odśpiewały ,,La pensiera” z ,,Nabucco” Verdiego. W ten właśnie sposób zakończyła się historia, która chciałem Wam opowiedzieć. Potem nie było już nic. Tylko odgryzione nogi i zezowaty kot. Każda historia musi mieć swój koniec. Happy end nie zdarza się zbyt często. Moja historia nie byłą więc żadnym wyjątkiem. Adieu!

Opowieści ściśle prywatne

Odkąd nadaliśmy ulicom nazwy i domom numery, zbędną stała się umiejętność poruszania po korytarzach labiryntów. Odkąd potrafimy powielać w większych ilościach zapisane karty ksiąg, zbędną stała się pamięć niezbędna do ich wiernego zapamiętania i nie trzeba już wznosić budowli to ułatwiających. Dlatego tak bardzo boimy się zabłądzić w gęstym lesie. Nie potrafimy wśród drzew zobaczyć ścieżek wydeptanych przez echo i śpiew ptaków. Potrafią to leśne zwierzęta i dlatego bez trudu odnajdują drogę do swoich nor i gniazd. A my nie potrafimy już nawet zabłądzić na oświetlonych ulicach wielkich miast, chodząc zawsze utartymi ścieżkami, co wydatnie zmniejsza stopień ryzyka. Błądzą jedynie od czasu do czasu starzy ludzie, którym gorycz i samotność pomieszały w głowach, niosąc ulgę zapomnieniem. Tylko pamięć sprawia, że jeszcze jesteśmy. Czytajmy więc uważnie napisy na grobach i pomnikach, bo nie są trudne do zapamiętania.

Coraz częściej czuję, że spisywana opowieść rozluźnia swój uścisk i powoli wydobywam się z morza słów na powierzchnię. Nie jest to żaden powód do radości. Wręcz przeciwnie. Czasami też wydaje mi się, że potrafię zrozumieć jak mogła czuć się starsza siostra równie pięknej Dinazad, prując przez tysiąc i jedną noc jagnięcą przędzę utkanego z baśni dywanu, co miało uchronić ją przed okrucieństwem Szachrijara. Ciekawe co czuła, gdy zdała sobie sprawę, że właśnie doszła do ostatnich słów i nie jest w stanie nic więcej opowiedzieć. Co mogło się wydarzyć w tysiąc i drugą noc, jakże z oczywistych względów inną od tych poprzednich? Czy przypadkiem małżonków nie oplotła pajęczyna nieruchomej ciszy, kiedy daremnie nasłuchiwali echa słów układających się jeszcze tak niedawno w zadziwiające opowieści? Czy zdawali sobie sprawę z tego, że gdyby nie zdobiące ściany i posadzki komnat gęsto tkane kobierce, w splotach których opowieści te na zawsze utkwiły, mogliby do końca swoich dni cieszyć się ich echem? Mogli jeszcze przecież sprowadzić z dalekiej Jawy mistrzów teatrzyków cieni i rozkazać im co wieczór kierować światło lamp oliwnych na wycięte z papieru figurki Aladyna czy Sindbada Żeglarza. A może zamiast baśni Szeherezada zaczęła opowiadać wszystko to, co się dopiero miało wydarzyć?

To bardzo źle, że nie ma śladów naszych dłoni w kształcie stawianych na papierze liter i znaków. Jakbyśmy chcieli na zawsze ukryć się za ich niemą formą. Nie jestem tego do końca pewien, ale przypuszczam, że staranna kaligrafia jest w stanie wyciszyć niechciane emocje, nadające często słowom niezbyt potrzebnych znaczeń i odcieni. To właśnie emocje potrafią sprawić, że zapisane słowa zamiast znaczyć sobie tylko przypisany sens, zaczynają się szamotać w mglistych oparach wieloznaczności.

Bardzo bym chciał, aby litery mojej opowieści zostały wycięte na czarnym zwoju materiału i żeby powstałe z nich słowa i zdania odczytywać w całkowitych ciemnościach, trzymając z drugiej strony płótna zapaloną świecę. Co prawda nie byłoby to jak czytanie w dzieciństwie pod kołdrą książek przy świetle latarki, co miało niepojęty już dzisiaj smak tajemnicy. Nie mogę zrozumieć, dlaczego w dzisiejszych kinach nie ogląda się filmów w zupełnych ciemnościach. Może chodzi w tym wszystkim o to, że w imię nie wiadomo czego nie pozwala się nam pozostawać ze sobą sam na sam, a może dlatego, że przyszło nam żyć w świecie, w którym od dawna noc skojarzono ze snem i zapomnieniem, widząc w ciemnościach jedynie brak światła.

Wiem za to na pewno jedno, że lada dzień słowa zaczną omijać mnie dalekim łukiem. Wiem to dobrze. Ale też głęboko wierzę, że na drugiej strony ulicy będę mógł ruszyć za nimi na bezkrwawe łowy. Bo czyż może być coś piękniejszego od chwytania pojedynczych słów i układania je potem na przemian rząd po rzędzie aż do momentu, kiedy ściany naszych nowych domów sięgać będą nieba albo jeszcze wyżej? Istnieją oczywiście różne metody polowań, zależnych od upodobań myśliwego, ale sądzę, że nic pod względem dostarczanych emocji nie może się równać polowaniom z sokołem, pod warunkiem jednak, że nie jest to pierwszy lepszy okaz. Wiem, że tam gdzie niedługo będę, nadejdzie taka noc, pod osłoną której usiądę na krawędzi urwiska nad wielką wodą z sokołem siedzącym mi na odzianej w skórzana rękawicę dłoni i będę wpatrywać się w miejsce, gdzie woda łączy się z niebem. Będę czekał na najmniejsze oznaki niepokoju u ptaka, bo kiedy nerwowo się poruszy, zerwę mu z głowy kaptur, aby był gotowy, kiedy tylko moja zdobycz wynurzy się zza linii horyzontu. Potem już wszystko zależeć będzie od sokoła, który jak już wspomniałem, nie będzie pierwszym lepszym ptakiem. Przodkowie jego właścicieli od niepamiętnych czasów chwytali je w rozpięte pomiędzy wszystkie strony świata sieci i krzyżowali ze sobą co bardziej okazałe egzemplarze, jakby wiedzieli, że nadejdzie kiedyś chwila, w której ptak nie będzie mógł zawieść. Rodzicami mojego sokoła będą dorodni przedstawiciele tego gatunku wywodzący się z rodów Ferrus i Peregrinus. Przekażą mu w genach wszystko co mieli najlepszego, a więc szybki i bezszelestny lot połączony z dziką wolą walki. Chwila, o której mówię, nastąpi dokładnie w momencie zachodu księżyca, kiedy to wszystkie planety naszego układu znajdą się wobec siebie w prostej linii, wyznaczonej przez wyobrażony lot wystrzelonej w dalekie przestworza strzały. Ta jedyna w swoim rodzaju chwila będzie trwała tak krótko, że nawet nie sposób jest sobie jej wyobrazić, tak jak nie sposób wyobrazić sobie nieskończoności. Bo czyż można wyobrazić sobie tu na ziemi chwilę, w której nie będzie już miejsca na cokolwiek? Nie mogę jej przegapić i jestem pełen nadziei, że wszystko pójdzie dobrze. Odkąd pamiętam zawsze tuż przed nadejściem świtu budziłem się i wyobrażałem ją sobie. Od zawsze wiedziałem, że nie może mi wtedy zadrżeć ręka. Jeśli wszystko się uda, będzie to jakbym zdołał upolować świt i już nigdy światło nie rozproszy skupienia, niezbędnego przecież do ogarnięcia danym nam przez ciemności rozumem początku i końca wszystkiego. Oczywiście, że w tym przypadku świt jest jedynie rodzajem metafory, no bo jakże inaczej nazwać te jedno jedyne słowo, od którego to wszystko się zaczęło?

Prawdopodobnie po drugiej stronie ulicy, tej z parzystymi numerami, można zobaczyć i nawet dotknąć niektórych bogów, którzy jak podejrzewam rodzą się i umierają na niebiesko, w przeciwieństwie do szarych barw naszej rozpaczy. Taki kolor doskonale zlewa się z tłem i nie widać wtedy wyraźnie kształtów biedy i cierpienia. Bardzo jestem niektórych bogów ciekaw, szczególnie tych, co potrafią ledwo dostrzegalnym ruchem ręki zsyłać deszcze, a i zdarza się, że całe roje komet. Wiele osób głęboko wierzy, że nigdy nie umierają i niczego się nie boją. W półlegalnie kolportowanych przewodnikach można poczytać jak tam naprawdę jest, choć poszczególne wydania potrafią zasadniczo się różnić, jeśli chodzi o szczegóły. Nie ma na przykład pewności co do deszczów, które podobno nigdy tam nie padają. Co do jednego panuje całkowita zgoda. Chodzi o jedną z największych atrakcji, jaką jest podróż na drugą, tę wiecznie ciemną stronę księżyca. Ci, którzy tam byli, opowiadają o szybujących po niebie stiukowych albatrosach i mosiężnych likaonach z wiernie odlanym skowytem, uważnie nasłuchujących pulsującego światła gwiazd.

dzień dwudziesty siódmy

Koszmar, jesienne deszcze i sine chmury, które jeszcze przecież nie nadeszły, a już sieją zamęt, popłoch i deprechę w głowie, przyginając od czasu do czasu kark do samej ziemi. Chwilami nie chce się nic, potem to mija i można wykrzesać z siebie na krótko resztki energii niezbędnej do przetrwania. Zamiast szykować się jak Bóg przykazał do zimowego snu, musimy mierzyć się z tym ponurym obliczem jesieni, które potrafi tylu ludzi wysłać na łono Abrahama. Inna sprawa, że gdybym stanął przed wyborem, to wolę taka jesień od tych piekielnych upałów latem, zwanych przez co głupszych zapowiadaczy pogody z telewizji słonecznymi i radosnymi dniami.
Niezły numer byłby, gdyby ekipa filmowa, którą będę się opiekował podczas kręcenia ujęć przed budynkiem mojej firmy i z dachu, w rzeczywistości okazała się grupą speców od skoki na banki :)

środa, 3 października 2007

Sceny z życia Biura Promocji Głupoty

Miejsce akcji: sala konferencja

Osoby: z poprzednich scen

Scena V

Wszystkim z przerażenia włosy zjeżyły się pionowo. Wszystkim, oprócz Bartka, który zajęty w toalecie masturbacją nie zauważył co się w ogóle stało.

Prezes: Nie wypadliśmy przecież sroce spod ogona. Nie jesteśmy żadną tam hetką-pętelką bez nipu. Żadnych pieniędzy. Niech dadzą reklamę. Powtórzcie.

Wszyscy chórem: Żadnych pieniędzy! Niech dadzą reklamę! La donna mobile! Siedemnaście mgnień wiosny! Keine grenzen!

Mateusz (contr tenorem): O sole mio!

Bartek: Ale jaka jest teza?

Doris: Kto ma nip, ten nie ma dostępu do bip!

Elwira: Gdzie jest stojak? Przed chwilą tu był! Ja chcę na stojak!

Olga: A czyj mózg leży tam na parapecie?

Agnieszka: Chyba nie tej wściekłej krowy z okładki?

Prezes: A dlaczego nie? Co w tym dziwnego?

Agnieszka: Panie prezesie, przecież tego nie kazał nam pan powtarzać!

Bartek: Ja myślę panie prezesie, że najlepiej byłoby powtórzyć to w weekend.

Mateusz: Co powtórzyć? Co powtórzyć? Jak chcesz się tak bardzo bawić narządem, to zadzwoń do Ireny!

Bartek: Przecież wy jesteście na targach! A ja nie mogę być hostessem! One się chyba często kąpią!

Elwira: No nie! Ja muszę dzwonić do biskupa.

Prezes: Żadnych pieniędzy pani Elwiro. Niech biskup zadzwoni do nas, jak taki mądry.

Elwira: A po co? Przecież konferencja jest odwołana, a tekst o muchach daliśmy na targi.

Prezes: Pytajcie Mateusza.

Olga: Mogę pana, panie Mateuszu o coś zapytać?

Mateusz: Nie bardzo.

Olga: Jednak nalegam!

Mateusz: Skoro pani musi, to proszę.

Olga: O co mam pana zapytać?

Doris: Olga, nie męcz pana Mateusza. I tak na razie nie mamy nipu. Przecież pan Mateusz nie wykupi za ciebie prenumeraty! Zapytaj lepiej o wysyłkę!

Żaneta: Przecież to proste. Musimy uważać na rozkwit polskiego laboratornictwa.

Prezes: Ustalcie to między sobą.

Budynek firmy zaczyna drżeć w posadach. Słychać odgłosy burzy i kwik zarzynanego zwierzęcia. Słychać też skrzypce, na których ktoś wygrywa pierwsze ,,Capriccio” Paganiniego. Wicher zrywa dach z budynku i porywa całą załogę, która trzymając się za ręce frunie po niebie w kierunku firmy Winterhalter, do Józefowa. Lecą na pokaz mody odzieży roboczej. Biedni nie wiedzą, że Janusz Śmietana rozstawił tam gęsto najrozmaitsze pułapki na szkodniki. Wszyscy, z wyjątkiem prezesa, w nie wpadną. Co to będzie? Co to będzie? A jeszcze Janusz Ś. rozwiesił lampy owadobójcze. Rany boskie!

Elwira (śpiewa): Ula paloma blanca!

Mateusz: Dlaczego?

Zaczyna recytować w oryginale ,,Elegie duinejskie” Rilkego. Podniebny korowód zbliża się majestatycznie do Józefowa.

Opowieści ściśle prywatne

Nikt nie wie, dlaczego prędzej czy później musi wydarzyć się coś, o czym koniecznie trzeba opowiedzieć. To zwykle przychodzi nagle i niespodziewane, z pozoru w najmniej ku temu odpowiednim momencie. Kiedy już przyjdzie, to znaczy, że czas oglądania się za siebie nadszedł i nic na to nie można poradzić. Tak było i w tym przypadku, kiedy bez śladu najmniejszych wątpliwości wiedziałem, że nie pozostaje nic innego, jak tylko te historie opowiedzieć. I wcale nie dlatego, że były wyjątkowe czy szczególnie zajmujące. To nie miało żadnego znaczenia. Czasami też jest i tak, że wszystko, co dzieje się teraz, ma swój początek w zupełnie innych, pozornie niemających ze sobą żadnego związku okolicznościach z bliższej lub dalszej przeszłości. Kiedy na przykład śmiech i rozpacz zmagają się ze sobą, a my do końca nie wiemy, na czyją szalę przechyli się zwycięstwo. Taka właśnie jest jedna z tych historii.

Zdarzyła się krótko po pożegnaniu wczesnego dzieciństwa. O tym, co się wtedy kończyło, dowiedziałem się oczywiście wiele lat później. W domu, w którym zamieszkaliśmy, zamieszkało też małżeństwo, na oko trzydziestopięcioletnie. Nie sądzę, aby zbieżność ich ówczesnego wieku z ilością lat, które upłynęły od opisywanych wypadków, miała jakiekolwiek znaczenie. Choć z drugiej strony, któż to może wiedzieć na pewno? Oboje byli w jakiś sposób do siebie podobni, tak jak tylko podobni mogą być kochający się ludzie. Mężczyzna miał smagłą cerę i czarne, kręcone włosy. Był przystojny w dobrym tego słowa znaczeniu. Codziennie późnym popołudniem widzieliśmy, jak powoli i w pewnym sensie dostojnie wracał z pracy. Jego żona też miała czarne, krótko ostrzyżone włosy, choć w przeciwieństwie do męża, nie był to ich naturalny kolor. Świadczyła o tym blada cera, maskowana mocnym makijażem, przywodzącym na myśl smutek bijący z twarzy cyrkowych klownów. Była zawsze zamyślona i nosiła czarno-czerwone ubrania. Ją również określić można było mianem przystojnej, choć w przypadku kobiet określenie to sugeruje typ posągowej, jakby zaklętej w kamieniu urody. Nawet jaskrawo czerwona szminka na ustach wydawała się być na swoim miejscu. Jej uroda przywodzi mi dziś na myśl twarz Salome z rysunków Aubreya Beardsleya. Ich reprodukcje wisiały na ścianach mieszkania Alessandry w Brukseli. Mama Alessandry była Włoszką i ojciec małego Adriano również. Alessandra często zakładała podwiązki i wyglądała na kobietę łatwo ulegającą obietnicom niesionym przez pierwsze oznaki miłosnego szaleństwa. Kiedy opuszczaliśmy Brukselę bardzo płakała i prosiła, aby Tetka jeszcze nie wyjeżdżała. Po kilku latach Alessandra napisała, że z mężem swojej najlepszej przyjaciółki ma dziecko i jest bardzo szczęśliwa. Tą przyjaciółką była Pascale, ta sama, w której pracowni powstał portret Rafaela ze skrzydłami anioła. Nigdy nie widziałem uśmiechu na twarzy kobiety, która tak kojarzy mi się z wyrazem twarzy pasierbicy Heroda Antypasa, pojmującej właśnie sens zimnego spojrzenia Jana Chrzciciela. Była zawsze zamyślona i zawsze bez wyjątku nosiła ubrania w czarno czerwone barwy.

Wracając do przerwanego wątku to pamiętam dokładnie, że było wtedy letnie, leniwie zmierzchające popołudnie. Siedzieliśmy na murku osłaniającym zejście do wózkowni i czegoś się śmieliśmy. Nie pamiętam z czego. Minął nas wracający jak zwykle z pracy mężczyzna, o którym opowiadam. Słysząc nasz śmiech nagle zawrócił, jakby uznał, że w jakiś sposób go dotyczy. Zauważyliśmy, że jest trochę pijany, ale tylko trochę. W jego głosie słychać było smutny gniew i rozcieńczoną alkoholem irytację. Zaczął, że nie mamy pojęcia z czego się śmiejemy i gdy będziemy dorośli, może zrozumiemy, że są na tym świecie rzeczy, z których śmiać się nie można. Nie będzie nam tak do śmiechu, kontynuował, kiedy nasze przyszłe żony przestaną wracać na noc i dowiemy się o ich zdradach. My naprawdę nie śmieliśmy się z niego, chociażby z tego prostego powodu, że nic o nim i jego żonie nie wiedzieliśmy. Podobnie jak nasi rodzice. Wreszcie zostawił nas w spokoju, kontynuując powolny, naznaczony stygmatem jakiegoś dostojeństwa powrót do domu.

Następnego dnia podwórko przeszyła wiadomość, że mężczyzna powiesił się w piwnicy. Nie rozumiejąc wszystkiego do końca, poczuliśmy mroźny powiew tragedii. Jego żona stała się jeszcze bardziej niż zwykle zamyślona i nieobecna. Oczy na jej prawie teraz białej twarzy były podkrążone tak bardzo, że nie mogła nawet tego przykryć gruba warstwa makijażu. Dorośli komentując te wydarzenie opowiadali, że pracowała w nocnej restauracji jakiegoś hotelu. Według nich, czego nigdy nie powiedzieli wprost, gdzieś tam czaił się powód tego wszystkiego. Dla nich w ogóle wszystko w całym tym wydarzeniu było jasne i oczywiste. Mimo tych wszystkich plotek czuliśmy do kobiety, jak i do jej nieżyjącego męża, coś w rodzaju podszytego lękiem szacunku. Właściwie to powinienem mówić za siebie, ponieważ nigdy potem o tym nie rozmawialiśmy. Jeden z naszej śmiejącej się wtedy trójki zginął jakiś czas później na paryskiej ulicy pod kołami samochodu. Drugiemu urodził się niewidomy syn. Czasami myślę, że to wszystko ma ze sobą jakiś diabelskiej natury związek. Nie wierzcie tym co mówią, że diabła nie ma. Oni po prostu kłamią. Zanim wyjaśnię, o co tak naprawdę mi chodzi, opowiem inną historię. Historię Jureczka.

Kiedy go poznałem, był grzecznym cherubinkiem z jasnymi włosami. Miał kochających rodziców, a przynajmniej nam się tak wydawało. O jego dobrym wychowaniu niech świadczy chociażby fakt, że nikt nie słyszał, aby kiedykolwiek zaklął. Po skończonej podstawówce poszedł do kolejowego technikum. Kiedy usłyszeliśmy, że w pobliskim lasku widziano pijanego Jureczka w czasie, kiedy powinien przyswajać sobie wiedzę o pociągach i semaforach, nie mogliśmy w to uwierzyć. Kładliśmy to na karb pomyłki lub wręcz zmyślenia. Nikt też początkowo nie wierzył, że ojca Jureczka widziano, jak obnażał się przed spacerującymi w okolicach lasku kobietami. Takich wieści było jednak coraz więcej i nie można było bezkarnie traktować ich dłużej jako czczych wymysłów. Z mieszkania Jureczka zaczęły też dobiegać nieporadne początkowo dźwięki gitary. Któregoś dnia dowiedzieliśmy się, że porzucił szkołę. Jakiś czas potem zniknął, a zaraz potem jego matka. Po kilku miesiącach wrócił zmieniony nie do poznania. Jego blond włosy były teraz czarne. Twarz i ręce pokrywały dziwne blizny, spod których wyzierały nieudolnie zrobione tatuaże o prostych, nieskomplikowanych wzorach. Kiedy go spytałem co się stało, powiedział, że wędrował po kraju z cygański taborem i dostał tam nowe imię Lado. Powiedział też, że Cyganie nauczyli go grać na gitarze i nie jest już dla nich gadżo. Wieczorami z mieszkania Jureczka zaczęły dochodzić tęskne ballady śpiewane przy dźwiękach gitary. Jego matka nigdy już nie wróciła i obaj z ojcem zaczęli urządzać pijackie libacje. Pewnego wieczoru Jureczek podciął sobie brzytwą gardło. Widziałem, jak sanitariusze znosili go zalanego krwią. Po wyjściu ze szpitala nie chodził jak przedtem. Powłóczył nogami jak stary, zniedołężniały człowiek. Ojciec Jureczka zachorował i amputowano mu nogę. Kiedy nauczył się używać protezy, znowu zaczął pojawiać się na skraju lasu. Kiedy Jureczek nagle umarł, jego ojcu ucięto drugą nogę. Z tego co wiem, odwiedza go ktoś z opieki społecznej. Jeśli więc gdzieś słyszę, że wiara w diabła jest tylko prymitywnym zabobonem, zawsze przychodzi mi na myśl Jureczek. Nikt mi nie jest w stanie wmówić, że bez diabelskiej interwencji cała ta historia mogła wydarzyć się naprawdę.

Te historie opowiadam z różnych powodów. O jednym wspomniałem lub jeśli nie, to na pewno wspomnę. Przyczyny wypadków będących naszym udziałem lata świetlne później zawsze są niejasne. W pewnym momencie zrozumiałem, że właśnie po to, abym mógł pewne historie, mające niewyjaśniony do końca wpływ na teraźniejszość opowiedzieć, musiało stać się to, co się stało. Gdyby wydarzenia potoczyły się inaczej, może nie mógłbym tych historii nikomu opowiedzieć i przekonać się, że nic nie dzieje się bez przyczyny, choćby tkwiła ona w zamierzchłej i wydawałoby się raz na zawsze zapomnianej przeszłości. Opowiadam je również po to, aby na własnej skórze przekonać się o potędze wspomnień i dowiedzieć się, że kiedy przychodzi na to czas, można ich użyć do zasłaniania luster, odbijających niezbyt wyraźnie złe, powodujące skurcz serca i bezsenność chwile. Dopiero teraz wiem, że kiedy minie pierwszy strach i lęk, należy powoli obejrzeć się za siebie i poszukać tych wszystkich chwil, które koniecznie trzeba komuś opowiedzieć.